Jestem szczęśliwa

Monika Wojciechowska wraz ze swoim bratem, Michałem i o. Ricardo, założycielem Koinonii

Monika wstąpiła do wspólnoty wewnętrznej Koinonii Jan Chrzciciel 9 września 1999 roku. Dzisiaj mieszka i pracuje w siedzibie wspólnoty, w Valsze, w Czechach. Jej brat Michał jest księdzem, Pasterzem Koinonii w Republice Południowej Afryki.

Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem Cię (Jer 1,5).

Tak się wszystko zaczęło…

Z wyborami Pana Boga trudno dyskutować… Ostatecznie to przecież On ma rację, On wie lepiej… To przecież Miłość zwycięża. W przypadku powołania: po prostu zechciał mnie MIEĆ całkowicie dla siebie i tak jest. Dziewictwo dla królestwa niebieskiego to Jego dar. Ogromny i całkowicie niezasłużony. Oto moja historia w wielkim skrócie… a zanim zaczęłam tym żyć, upłynęło 25 lat i jeszcze trochę.

Pierwsze Spotkanie

Zawsze wierzyłam w Boga i Jego miłość. Jezus był obecny w moim życiu, odkąd pamiętam. Był moją Prawdą i moją Przystanią. Miałam świadomość, że mam takie miejsce w sercu, gdzie jestem tylko ja i On. Nie mogę więc powiedzieć, że Go nie doświadczałam, były to jednak niedzielno-świąteczne muśnięcia, które nie miały większego wpływu na bylejakość mojego życia. A ja chciałam mocnych wrażeń, życia na 100% i prawdziwej miłości.

Na drugim roku studiów, wśród pytań o sens życia, pustki studenckich imprez, lęku przed przyszłością i miłosnych zawodów, postawiłam Panu Bogu ultimatum: „albo dasz mi się poznać, coś zmienisz, to znaczy, że jesteś i idę za Tobą, albo od Ciebie odchodzę, nie ma Cię i zaczynam życie bez Boga”. Tak było…, co świadczy nie tylko o tupecie, ale także o dość wysokim stopniu desperacji… Najlepsze jednak było to, że ultimatum zadziałało! 3 kwietnia 1996 roku na „rekolekcjach ostatniej szansy” usłyszałam, że Bóg mnie kocha miłością tak bardzo osobistą, że właśnie dla mnie zdecydował się pójść na krzyż. Jezus umarł i zmartwychwstał, abym mogła żyć naprawdę, być wolna. Potem miałam się zdecydować, czy naprawdę chcę, żeby to On stał się Zbawicielem i Panem mojego życia, żeby wziął moje życie w swoje ręce. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że to była ta najważniejsza decyzja. Od tamtej pory nic nie jest już takie samo.

Wypowiedziałam moje „tak”, choć było to dla mnie trudne, gdyż bardzo ceniłam sobie swoją niezależność i… wtedy przeżyłam Pierwsze Spotkanie. Trudno je ubrać w słowa… On przyszedł do mnie jak Światło i to światło było wszędzie: zalało wszystko we mnie, przeniknęło cały mój świat, nagle zniknęła wszelka ciemność, brzydota, bylejakość. Życie nabrało kolorów, zapachów i dźwięków, stało się intensywne. Zaczęłam oddychać i dostrzegać piękno wszędzie. I nie miałam (i nie mam do tej pory) wątpliwości, że to był Jezus: Osoba – która – się – mną – zainteresowała.

Camparmò

Lipiec i sierpień 1997 roku, jako studentka czwartego roku filologii włoskiej UAM w Poznaniu, spędziłam na Uniwersytecie dla Cudzoziemców w Perugii we Włoszech. Przed wyjazdem znajoma ze Szkoły Nowej Ewangelizacji zachęciła mnie, by odwiedzić miejsce, gdzie „wszystko się zaczęło”, skąd wypłynęła nowa ewangelizacja. Nie musiała mnie długo namawiać. Ta informacja w zupełności wystarczyła. Naturalnym pragnieniem, jakie rodzi się w sercu po Pierwszym Spotkaniu jest organizowanie tego typu spotkań , zawsze i wszędzie, i dla wszystkich. Jezusa nie można tak po prostu zachować tylko dla siebie. Pod koniec sierpnia znalazłam się więc na kilka dni w Camparmò – macierzystej oazie Koinonii Jan Chrzciciel.

O Koinonii wiedziałam tyle, co powyżej, czyli praktycznie nic, ale od razu pojawiło się we mnie dziwne przeczucie, którego nie przyjęłam ze szczególnym entuzjazmem: „a może to jest moje miejsce?”. Na brak entuzjazmu wpłynął zasadniczo jeden element: okazało się, że bracia i siostry żyjący razem to „zakonnicy” i „zakonnice”, czyli osoby konsekrowane. To oznaczało „śluby”, a nie mój wymarzony „ślub” z tym jednym jedynym, a co za tym idzie, życie bez męża i dzieci, zapomnienie o karierze zawodowej, koniec z niezależnością na rzecz życia wspólnotowego itd., itp. Pod koniec pobytu w Camparmò to moje przeczucie zastąpiła spokojna pewność: „życie w dziewictwie dla Królestwa Niebieskiego to moje życie, Koinonia Jan Chrzciciel to moja wspólnota!”. Poprosiłam braci i siostry na czele z o. Sandro, który był wówczas Pasterzem oazy, o modlitwę, wczytywałam się uważnie w Słowo, zadawałam mnóstwo pytań i to wszystko potwierdzało, co tak naprawdę miałam już wcześnie w sercu: przekonanie o tym, że Panu spodobało się objawić mi w Camparmò swoją wolę.

Walka z Bogiem

Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki (Rdz 32, 25)

Wróciłam z Włoch i zaczęła się walka. Z jednej strony postanowiłam skończyć studia i wstąpić do wspólnoty, bo wszystko stało się jasne: nareszcie odnalazłam swoje miejsce, z drugiej strony narastał we mnie potężny bunt: „Panie, Ty, który mnie tak dobrze znasz, jak mogłeś zażądać ode mnie tak wiele? O niczym innym tak bardzo nie marzyłam, niczego tak bardzo nie pragnęłam, jak rodziny… Przecież wiesz, że nie dam rady!”. Z jednej strony zakochiwałam się coraz bardziej w Koinonii i wszystko w niej było tak bardzo „moje”, a z drugiej nie potrafiłam rozradować się odkrytym powołaniem do dziewictwa. Towarzyszyłam w tym czasie Giorgio (Giorgio Cenzi – delegat Pasterza Generalnego Koinonii dla Polski – przyp. red.) i braciom przyjeżdżającym razem z nim z Włoch, zasiewających i umacniających Koinonię w całej Polsce, tłumacząc ich nauczania na język polski. Poznałam dzięki temu wielu wspaniałych ludzi, którzy dla Pana i dla Wspólnoty oddali życie, zobaczyłam też, że przecież służyć Panu na 100% można także żyjąc w małżeństwie. Zmagania trwały prawie dwa lata. Skończyłam studia, związałam się mocno ze wspólnotą i stanęłam przed decyzją…

Bóg wie lepiej


Panie przenikasz i znasz mnie (…) i wszystkie moje drogi są Ci znane (Ps 139, 1-3).

9 września 1999 roku z jedną walizką stawiłam się w Świdniku, w pierwszej w Polsce (dopiero co rodzącej się) wspólnocie celibatariuszy Koinonii Jan Chrzciciel. Był to dla mnie skok wiary, postawienie wszystkiego na jedną kartę. Zostawiłam wszystko z mocnymi postanowieniami: „nie odwracam się” i „zaufam miłości Pana, który mnie powołał” – gotowa nawet, aby przez resztę mojego życia być nieszczęśliwa, jeśli taka jest Jego wola. Dzisiaj uśmiecham się szeroko do tej ostatniej myśli… Co też może przyjść człowiekowi do głowy? Zwłaszcza DO GŁOWY zbuntowanej! Mam nadzieję, że nikt się nie zgorszy, jeśli wyznam, że pierwsze tygodnie i miesiące WE WSPÓLNOCIE… i nawet pierwsze zobowiązania przeżyłam bez doświadczenia radości z powołania i bez żadnego szczególnego doświadczenia miłości ze strony Pana… Bardzo cenię sobie tamten czas. Nauczył mnie nie opierać się na tym, co czuję, ale iść za tym, w co wierzę, nie kroczyć za Jezusem dla Jego darów, a dla Niego samego, niezależnie od wszystkiego. Dla tak niepoprawnie sentymentalno-romantycznego mazgaja jak ja to była dobra szkoła.

Pierwsze lata spędzone z braćmi i siostrami to również czas odkrywania swoich słabości i ograniczeń oraz całkowitego obnażenia przed wspólnotą. To wtedy nauczyłam się, co to znaczy otwierać serce, a nasze wspólnotowe „dziękuję, że mnie przyjąłeś” nabrało głębokiego sensu i stało się prawdą każdego dnia. To wtedy moje serce związało się na zawsze z sercem tych, z którymi Pan mnie powołał, stałam się ich, a oni moimi.

Drugie Spotkanie

Poprzez pierwsze, dla mnie niełatwe, kroki we wspólnocie nauczyłam się także, że Bóg powołał nas do wolności, do miłości, do radości i do pełni życia, która nie oznacza braku cierpienia i bólu, ale raczej niegasnącą nadzieję serca i pokój, przenikający także sferę naszych uczuć, i że jest to tylko i wyłącznie Jego dar, a nie owoc naszych wysiłków czy, najlepszych nawet, intencji. Nauczyłam się tego dlatego, że kroczenie jedynie mocą podjętej przeze mnie decyzji i wiary w powołanie od Pana stało się w pewnym momencie nie do uniesienia.
I wtedy, kiedy już będąc we wspólnocie, i to po pierwszych zobowiązaniach, poczułam się całkowicie bezsilna – przeżyłam Drugie Spotkanie.

Był maj 2001 roku i Iwona, mój pasterz i przyjaciel, wysłała mnie na trzy miesiące do Cogollo, gdzie znajdowała się wówczas Siedziba Federacji Koinonii i prowadzone było wspólnotowe Discepolato, czyli nasz mininowicjat. Któregoś wieczoru, i to nie w czasie modlitwy czy jakiegoś innego duchowego momentu podczas dnia, ale kiedy kładłam się spać, On przyszedł. Kto wie, dlaczego właśnie tam, w tamtym czasie i w taki sposób. Jego wybór. Pierwsze spotkanie było spotkaniem ze Światłem, przy drugim przeszedł jak Ogień. Wypalił wszelką wątpliwość i bunt. Pozostała tylko Jego ogromna, zazdrosna, gorąca miłość, której nic i nikt nie dorówna.
Przy pierwszym spotkaniu musiałam najpierw podjąć decyzję, przy drugim nie zrobiłam zupełnie nic. Nie pamiętam nawet, czy o Nim wtedy myślałam. Poczułam ciepło ogarniające wszystko we mnie i ogromną wdzięczność za moje powołanie do dziewictwa, za to, że Pan wybrał właśnie mnie i nie opuścił pomimo wszystkich moich „dlaczego”. „Uparł się”, bo tak bardzo mnie pokochał! To jest ogień, który płonie i nie zgasł w moim sercu od tamtego czasu.
Pomimo wielu trudnych momentów, prób i kryzysów, które wiążą się z normalnym biegiem życia na tej ziemi, nie przestaję codziennie dziękować Panu za przywilej bycia tylko dla Niego. On sam odkrył przede mną tę drogocenną perłę i pozwolił mi się nią rozradować i zachwycić. Dziewictwo dla Królestwa Niebieskiego to Jego cudowny dar miłości na zawsze dla mnie. Dzisiaj mogę powiedzieć, że życie w mojej wspólnocie to naprawdę moje życie i nie wyobrażam sobie innej opcji.

Tak sobie myślę, że niejednej „normalnej” osobie trudno jest być może przyjąć opowieść o Świetle i Ogniu, cieple czy odczuciach w sercu, bo trąci to trochę klasykiem science-fiction Spielberga „Bliskie spotkania trzeciego stopnia” albo jakimś fantasy…
Stąd dobrze będzie przywołać kilka faktów…

Fakty

We wrześniu 1999 weszłam do wspólnoty. Niecałe dwa miesiące potem dołączył do mnie mój rodzony brat Michał, dzisiaj misjonarz w RPA. We wspólnocie jest też pozostała dwójka mojego rodzeństwa: Kamil ze swoją żoną Basią i Natalia z mężem Adamem. Zostawiłam wszystko i wszystkich, ale w najlepszych rękach. 15 sierpnia 2006 złożyłam w Radzicu zobowiązania wieczyste i w tym samym roku do wspólnoty formalnie dołączyli także moi Rodzice. Życie naszej rodziny się zmieniło. Dzisiaj, pomimo dzielących nas odległości, jesteśmy bardziej razem niż kiedykolwiek wcześniej, a mój dom rodzinny stał się małym Camparmò, Domem Modlitwy, w którym wielu doświadcza obecności Jezusa Zmartwychwstałego.

We wspólnocie miałam możliwość ukończenia studiów teologicznych, pracowania w Szkole Ewangelizacji, poznania wielu wspaniałych ludzi i pięknych miejsc, a ktoś niedawno mi powiedział: „To widać, że jesteś szczęśliwa”. Najlepiej ujął to chyba św. Jan Ewangelista: Jest ponadto wiele innych rzeczy, których Jezus dokonał, a które, gdyby je szczegółowo opisać, to sądzę, że cały świat nie pomieściłby ksiąg, które by trzeba napisać (J 21,25).

Takie są fakty. Dla mnie stanowią one świadectwo wierności Jezusa, bo naprawdę ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9).

Dzisiaj: codzienne Spotkanie

Modlitwa to jest to! Codziennie z niecierpliwością czekam na moje Spotkanie. Nieważne, w jakiej jestem formie, Jezus stawia się zawsze wiernie i punktualnie.

Na początku drogi za Panem wydawało mi się, że jestem silna i że z czasem będę rosła w siłę – przecież jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam! (Rz 8,31). Tak i nie. Z biegiem lat coraz bardziej zdaję sobie sprawę, że sama za daleko nie zajdę, sama słabnę i że moją siłą jest moja wspólnota. Nie byłoby mnie dzisiaj tam, gdzie jestem, gdyby nie Spotkania z tymi, którzy stali się dla mnie głosem mojego Pana, Jego ramionami, Jego obliczem, konkretem Jego miłości. Moim największym skarbem są wspólnotowe przyjaźnie. Niektóre zrodziły się naturalnie i bez wysiłku, inne są owocem decyzji i dowodem na istnienie Ducha Świętego, ale jedno wiem: moje bezwarunkowe „tak” na zawsze dla Pana- to „tak” dla moich przyjaciół, którzy stali się częścią mnie, „moim sercem” (por. Flm 12).

Żyję w siedzibie Koinonii w Valsze pod Pilznem, w Czechach. Moja służba we wspólnocie polega dziś przede wszystkim na tłumaczeniu i pracy w biurze. Nie robię nic szczególnego, choć mam okazję i przywilej współorganizowania i uczestniczenia w wielu międzynarodowych wydarzeniach koinonijnych. Nie robię nic szczególnego, ale coraz bardziej rozkochuję się w Koinonii i w Tym, który mnie do niej powołał. Moje życie jest pełne oczekiwania, pełne nadziei… po prostu pełne. Jestem szczęśliwa.