Miłość XXXL

o. Robert Hetzyg

Od początku istnienia „KeKaKo” w Polsce napisałem już wiele tekstów i przeprowadziłem wiele wywiadów, ale nie było dotąd okazji podzielić się tym, co jest treścią mojego życia. Nadrabiam więc tę zaległość w wywiadzie, który przeprowadzę sam ze sobą. To tylko pozornie oryginalny pomysł; przede mną wpadła już na tę myśl np. Oriana Fallaci, choć oczywiście to zupełnie inna bajka…

– Jak to jest „żyć dla Królestwa”?
– Myślę, że ja wciąż się tego dowiaduję. Żyjesz dla Królestwa, kiedy ono wypełnia twoje serce, twoje myśli i twoje dążenia. A to się nie dzieje ot tak, od jednej decyzji czy od jakiegoś szczególnego momentu. Życie dla Królestwa „rozlewa się” w tobie i ogarnia to, co jesteś gotów mu poddać. Dlatego mówię, że ciągle się tego dowiaduję.
– No to inaczej: od kiedy zapragnąłeś żyć dla Królestwa?
– O! To się daje łatwiej ustalić. To było jesienią 1983 roku. Kilka tygodni wcześniej brałem udział w letnich rekolekcjach oazowych pierwszego stopnia i tam przeżyłem silne doświadczenie Bożej miłości. Tak, jakby coś się przede mną odsłoniło… Rzeczy, które istniały wcześniej w moim życiu nabrały nowego blasku. Nagle okazało się, że jestem obdarowany wszelkim dobrem: przyjaciółmi, rodziną, talentami…
– No, dobrze, ale wiele osób przeżywa doświadczenie miłości Bożej i nie od razu to musi być powód, żeby zostać księdzem.
– To prawda, ale ta miłość była tak wielka, że zrodziła we mnie pragnienie, żeby na nią jakoś „stosownie” odpowiedzieć. Było jasne, że ona przerasta wszystko, co mógłbym zaoferować „w zamian”. W ten sposób doszedłem do jedynego sensownego dla mnie wniosku: „wszystko dostałeś, więc oddaj wszystko”. To nie była myśl o zostaniu księdzem! To było pragnienie oddania się tej Miłości, która mnie ogarnęła.
– A potem?
– Potem trzeba było to pragnienie ubrać w jakieś konkrety. Konkret, który był „w zasięgu ręki”, to było seminarium duchowne. Nie znałem wówczas żadnego zakonu, który by mnie pociągał. Zresztą kapłaństwo też było niewiadomą. Po pierwsze, dlatego, że teoretycznie, jako osoba niewidoma, nie byłem „zdatny”, przynajmniej w świetle znanych mi ówcześnie przepisów prawa kanonicznego. To zresztą ciekawa historia, bo okazało się (dowiedziałem się tego już na studiach), że właśnie w 1983 roku Jan Paweł II zatwierdził nowy kodeks, w myśl którego kwestię rozstrzygnięcia, czy mój stan zdrowia jest odpowiedni, czy nie, pozostawia się miejscowemu biskupowi.
Druga niewiadoma wynikała stąd, że nie miałem żadnych wzorców ani mistrzów, których chciałbym naśladować. Kiedy podejmowałem decyzję o pójściu do seminarium, pytałem Pana: „Jakim księdzem mam być? Takim normalnym, jak moi księża z parafii, czy takim, o jakich piszą w książkach?”. Taki byłem świeżutki, żeby nie powiedzieć: naiwny. Ale rozumiałem, że chodzi o to, żeby być tym, kim On chce, abym był.
– A dziewczyny?
– Co: dziewczyny?
– Nie myślałeś o założeniu rodziny?
– Wiesz co, w wieku lat piętnastu nieczęsto się o tym myśli. Ale owszem, miałem normalne pragnienia i byłem normalnym chłopakiem, któremu sprawia radość przebywanie z dziewczynami i chętnie się z nimi przyjaźni. Wyobraź sobie jednak, że w którejś z nich bym się zakochał i postanowił się z nią ożenić: czy cała reszta nie powinna mi zobojętnieć? Tak się właśnie stało ze mną. Miłość, która mnie pociągnęła „wessała” mnie tak, że było dla mnie jasne, że już od chwili, kiedy podjąłem decyzję wstąpienia do seminarium, dziewczyny mogą być moimi koleżankami i przyjaciółkami – to wszystko. Później, kiedy zaczynałem trochę więcej rozumieć z tego nowego życia i trochę zacząłem poznawać siebie, dotarło do mnie również, że taka miłość, jaką umiałem kochać, byłaby chyba zbyt „totalna”. W sensie, że zbyt wiele chciałbym brać i zbyt wiele dawać. Taka miłość w rozmiarze XXXL. I myślę, że Pan mnie znał i wiedział, jak mnie stworzył, a powołując mnie najprawdopodobniej uratował komuś życie :).
– Jak sobie wyobrażałeś swoje kapłaństwo? Liturgia, duszpasterstwo parafialne – to wszystko wymaga pewnej sprawności…
– Od chwili, kiedy zacząłem o tym rozmawiać z zaprzyjaźnionymi księżmi, a zwłaszcza kiedy musiałem moje pragnienie skonfrontować z władzami seminaryjnymi podczas rozmowy kwalifikacyjnej, wiele razy zadawano mi to pytanie. Przede wszystkim moim celem było to, żeby móc dzielić się tym niesamowitym doświadczeniem, które doprowadziło mnie do oddania życia Jezusowi. Chciałem się dzielić Nim. Cała reszta była tylko jakąś konsekwencją tego pragnienia i pewnie dlatego wszystko potrafiłem sobie znakomicie wyobrazić i całą tę wizję dość, jak mi się wydawało, przekonująco umiałem zaprezentować moim przyszłym przełożonym.
– Czy te wyobrażenia różnią się jakoś od realiów?
– Przede wszystkim nie mogłem przewidzieć, jak potoczy się moja historia, dlatego trudno to dzisiaj ocenić. Myślę, że moja ówczesna wizja brała się z entuzjazmu, nadziei i otwartości na Boże plany i gdyby chodziło o mnie, pewnie nie byłoby istotne, czy to sobie wyobrażam, czy nie. To inni chcieli wiedzieć, czy ja tak na serio, czy tylko pod wpływem chwili.
– Ktoś mi kiedyś powiedział, że wstępując do Koinonii znalazłeś takie środowisko, w którym się dobrze czułeś. Znaczy taką przytulną gawrę, w której można bezpiecznie przezimować. Od księży, których wspólnie znamy, słyszałem również opinię, że uciekłeś od duszpasterstwa. Żadna z tych wersji mnie nie przekonuje, więc może sam byś powiedział, co cię pociągnęło w tej wspólnocie?
– Przede wszystkim nie od razu chciałem wstąpić do Wspólnoty Wewnętrznej. Poznałem Koinonię dwadzieścia lat temu, kiedy razem z moją ówczesną wspólnotą zorganizowaliśmy pierwszy w Polsce Kurs Filip. Wzięło w nim udział 500 osób, a w ekipie byli m.in Alvaro i Emmanuele (wówczas jeszcze nie księża) oraz 50 innych osób. Alvaro i Emmanuele byli pierwszymi braćmi z Koinonii, jakich w ogóle znałem. Ich przepowiadanie było dla mnie czymś przełomowym: ledwo co ukończyłem studia seminaryjne i miałem jeszcze w głowie różne mądre rzeczy, w tym wykłady z homiletyki, a tu słyszę, że ktoś nie tylko „ładnie mówi”, ale jeszcze stawia słuchaczy przed decyzją: przyjąć Słowo albo nie. Tego na studiach nie uczyli. Podczas tamtego kursu zrozumiałem, że to jest właściwie jedynie słuszny sposób głoszenia Ewangelii. Przecież nie może mi być wszystko jedno – czy ludzie spotkają Jezusa, czy nie. Podjąłem wtedy decyzję, że chcę wstąpić do Koinonii Jan Chrzciciel, co oznaczało w praktyce, że wspólnota, którą pół roku wcześniej założyliśmy z przyjaciółmi, przyjmie drogę i formację Koinonii.
Po kilku miesiącach otrzymałem zaproszenie do udziału w letniej Szkole Nowej Ewangelizacji Koinonii Jan Chrzciciel. Latem 1994 roku pojechaliśmy więc z dwojgiem naszych do Rzymu, a ściślej do Rocca di Papa, nieopodal Castel Gandolfo. Tam poznałem więcej braci i sióstr wewnętrznych i wtedy odkryłem, jak można inaczej żyć dla Królestwa. Mam na myśli: inaczej, niż ja żyłem dotąd. Byłem oczarowany ich przyjaźnią, a zwłaszcza jej prawdziwością. Widziałem różne scenki z życia konsekrowanych – zarówno, jak kiedyś wieczorem szli razem na pizzę, jak i wtedy, kiedy nie potrafili się dogadać w jakiejś sprawie dotyczącej pracy w biurze. Mogłem posłuchać ich świadectw, bo pracując w radiu, miałem ze sobą magnetofon i nagrywałem, co się dało, a na świadectwach zależało mi szczególnie. Do tego kursy, w których uczestniczyłem, otworzyły przede mną zupełnie nowy świat. Najpierw był Kurs Jan, który usposabia do słuchania głosu Pana. Był i Kurs Paweł, szokujący dla polskiego księdza, ale też porywający dla serca, które o niczym innym nie marzy, tylko żeby ludzie naprawdę spotykali Jezusa. I był też Kurs Wspólnota, który właściwie dopełnił dzieła, tak, że po sześciu tygodniach we Włoszech byłem „ugotowany”. Znaczy wracałem już z myślą o wstąpieniu do Wspólnoty Wewnętrznej. Sam oceń, na ile to jest szukanie przytulnej gawry, a na ile ucieczka od duszpasterstwa.
– Jak ci poszło z przekonaniem twojego ówczesnego biskupa, żeby cię wypuścił do wspólnoty?
– W miarę, jak zbliżał się czas, kiedy trzeba było o tym porozmawiać, napawało mnie to coraz większym niepokojem. Nie byłem ulubieńcem moich przełożonych i w ogóle były ze mną kłopoty, bo pierwszy proboszcz prosił, żeby mnie zabrano z jego parafii, a zresztą ja sam również ze swej strony prosiłem o to samo. Wchodzenie w szczegóły chyba niczemu nie służy. Tak czy inaczej jesienią 1997 roku, kiedy wydawało mi się, że moja wspólnota na tyle stoi już na własnych nogach, żeby kto inny mógł przejąć w niej ster odpowiedzialności, poprosiłem arcybiskupa o zgodę na dwumiesięczny wyjazd do Camparmò „w celu bliższego zapoznania się ze Wspólnotą Jan Chrzciciel”, jak to uzasadniłem w prośbie o przedłużony urlop. Otrzymałem zgodę z prośbą o odwiedziny po powrocie, aby opowiedzieć, jak było.
– No i jak było?
– Poczekaj! Dokończę ci o biskupie. Tak więc po powrocie, kiedy już wiedziałem, że chcę wstąpić do Koinonii, poszedłem z duszą na ramieniu, przekonany, że usłyszę: „Dobrze, dobrze, niech ksiądz przyjdzie za rok, dwa…”. Tymczasem rozmowa poszła gładko, zaskakująco gładko. Nie było kwestii „tak czy nie”. Była tylko kwestia „w jaki sposób”. Wyjaśniłem, że ordynariusz diecezji pilzneńskiej może mnie inkardynować i przeznaczyć do posługi w Koinonii. Skoro tak, miałem się zająć organizowaniem papierów. To wszystko.
– Nieźle! Co przekonało twojego przełożonego?
– Nie wiem. Być może rozwiązywała się kwestia mojego zaangażowania duszpasterskiego… Byłem wtedy niby-wikariuszem, choć mieszkałem w domu zakonnym albertynek. Miałem trochę zajęć w parafii, ale służenie mojej wspólnocie pochłaniało dużą część mojego czasu. Po moich kazaniach koledzy mówili mi czasem: „Gadasz jak rekolekcjonista”, i nie był to w ich ustach komplement… Taki trochę gorący ziemniak był ze mnie, rozumiesz?
– Rozumiem. Ale powiedz mi jeszcze, jak to było w Camparmò. Jak się tam odnalazłeś? Jak w ogóle doszedłeś do przekonania, że to jest twoje miejsce?
– To była jedna z ważniejszych życiowych lekcji, jakie odebrałem od Pana. Przez pierwsze dwa tygodnie, nie rozumiejąc języka, czułem się –nie śmiej się – jak bym nie widział.
– Nie przesadzaj z tymi metaforami.
– Serio! Nikogo tam nie znałem poza Arturem, z którym razem pojechaliśmy do Włoch i który wtedy sam przeżywał swoje wspólnotowe rozeznanie. Nie rozumiałem, co się wokół mnie gadało, a że towarzystwo śmiało się często i chętnie, w końcu zacząłem sobie wyobrażać, że może śmieją się ze mnie. Absurd oczywisty, ale tak wtedy czułem. I to było uczucie bardzo dezorientujące i pozbawiające mnie resztek poczucia bezpieczeństwa. No, ciemność widzę…
Po dwóch tygodniach trochę zelżało. Poprosiłem o modlitwę i nawet ładne Słowo dostałem, ale nie umiałem go właściwie zinterpretować. Jakoś nazajutrz albo dwa dni później przyjechał Ricardo i podzieliłem się z nim tym Słowem, pytając, co on z tego rozumie. Ricardo w ogóle się nie zastanawiał, tylko zapytał: „A ty chcesz wstąpić do wspólnoty?”. „Chcę” – powiedziałem bardzo nieśmiało. „To ja cię przyjmuję”. I to wszystko. Zrozumiałem, że bez własnego pragnienia wszelkie rozeznania duchowe są funta kłaków warte. Zresztą, jeśli nawet będziesz udawał, że nic w sercu nie czujesz, to Pan przypomni o sobie i nie da ci spokoju.
– Nie będę cię pytał o szczegóły twoich z górą piętnastu lat we wspólnocie, bo już nam się właściwie miejsce w gazecie skończyło. Jedno jeszcze bym chciał od ciebie usłyszeć. No dobrze, dwie rzeczy mnie jeszcze interesują. Po pierwsze, wątpliwości w powołaniu: miałeś je kiedyś? Od razu powiem, że jeśli tak, to raczej ich po tobie nie znać…
– Niech się nikt nie zgorszy i niech mnie nie ma za świętego, broń Boże. Od kiedy poczułem się powołany, jedyną moją wątpliwością było to, czy sobie tego nie wymyśliłem. Od kiedy jednak zostałem przyjęty do seminarium, a potem wyświęcony na księdza dla wątpliwości nie było tematu. Można sobie zadawać pytania, dopóki człowiek jest przed decyzją, ale kiedy ją podejmie, staje się wolny. Takie mam doświadczenie. A ta druga rzecz?
– Pytanie z gatunku „politycznych”, ale nie umiem go nie zadać. Kiedy wstąpiłeś do seminarium, ktoś z twoich znajomych miał powiedzieć: „Eee tam! Za rok wrócisz do nas i ożenisz się z jakąś fajną dziewczyną”. A ty nie dość, że nie wróciłeś i nie ożeniłeś się, to jeszcze wstąpiłeś do wspólnoty mieszanej. Czy ty naprawdę zupełnie zobojętniałeś?
– Nie przesadzaj! Mówiłem o obojętności na wszystko, co by miało konkurować z miłością mojego życia. Moje siostry nie są tu konkurencją. Raczej, powiedziałbym, są po stronie tej miłości. Zresztą chodzi również o braci. Pan Bóg nie przychodzi w sprayu, tylko przez ludzką miłość, więc doświadczenie wspólnoty buduje w tym sensie moją relację z Nim. Jeśli pytasz o więzi z siostrami, to, jak w każdej większej rodzinie, są siostry, z którymi się trzymasz bliżej i takie, które kochasz nawet, kiedy masz do nich mało cierpliwości. Ja sobie nie wyobrażam, żebym wobec którejkolwiek z nich, choćby najbliższej i najsympatyczniejszej, miał się zachowywać inaczej niż jak brat. Rozumiem, że z dziennikarskiego obowiązku pytasz o takie rzeczy, ale chyba jest to dla ciebie jasne, nie?
– Ja tylko pytam. Zresztą myślę, że niejeden sobie zadaje podobne pytania, kiedy patrzy na mieszane wspólnoty celibatariuszy.
– Są dwa filary takiego życia: powołanie, czyli więź z Jezusem, i przyjaźń, czyli niewyłączna miłość wzajemna. „Niewyłączna”, bo w przeciwnym razie bracia pożeniliby się z siostrami. Zresztą przyjaźń wspólnotowa, która nigdy nie jest parzysta (zawsze przynajmniej „2+1”), skutecznie broni przed pogubieniem się. Wspólnota fantastycznie wychowuje do dojrzałych relacji, bo uczy powściągliwości w zachowaniu i pozwala nazwać przyjaciółmi nie tylko tych, do których nas ciągnie. Można by powiedzieć, że nawet głębsza, bo bardziej kosztowna jest przyjaźń z tymi, do których nas nie ciągnie.
– „Kosztowna”? Może „cenna”?
– Cenna jest wtedy, kiedy strony takiej relacji świadomie i wspólnie ponoszą jej koszty. Taka przyjaźń według mnie jest dojrzała. Ale zanim to nastąpi, trzeba ponosić jej koszty, często pozornie nie mając perspektywy, że się „inwestycja zwróci”. Poza tym, w miarę, jak poznajemy się nawzajem, nawet ci, których najbardziej lubimy, pokazują swoje słabsze strony i wtedy jest okazja, żeby się przekonać, że to nie tylko sympatia, ale prawdziwa miłość.
– No dobra, chyba to musi wystarczyć, bo nas redakcja obetnie :). Dziękuję ci za rozmowę i życzę, żebyś spotykał takich, co ci powiedzą, że twoje powołanie zaowocowało ich powołaniem.
– O niczym innym nie marzę.