Moje w niej upodobanie” (Iz 62,4) – rozmowa z Janiną Danutą Gąsienicą

Danka Gąsienica nad morzem

 

– Danka, w tym roku minie dziesięć lat od Twojego wstąpienia do wspólnoty. Skąd Ty się tu wzięłaś?

– Z Gdańska (śmiech). Poznałam wspólnotę przez Dom Modlitwy. Wtedy w Gdańsku był jeden Dom Modlitwy. Potem pojechałam na spotkanie do Gdyni. Tam poznałam wspólnotę. Od razu mnie zachwyciła ich radość i to, że te osoby mają relację z Panem. Wtedy dla mnie było czymś nowym czytanie słowa Bożego, rozmowy, słuchanie Boga w sercu, świadectwa ludzi poznanych w Domu Modlitwy i na spotkaniach wspólnoty. Widziałam, że oni mają coś, czego ja nie mam. Moje serce wtedy pałało. Nie wiedząc, jak to nazwać, ja chciałam być taka jak oni.

Chciałam być na każdym spotkaniu, na kursie, na wspólnotowym wyjeździe. W pracy ze mną nie wytrzymywali, bo ciągle chciałam się zamieniać. Miałam dyżury dwunastogodzinne z sobotami i niedzielami, więc kursy i spotkania Koinonii wymagały, żebym się z kimś zamieniła. Na szczęście miałam dobrą pracę i przyjaciół, którzy byli gotowi iść mi na rękę. 

– A co sprawiło, że od chęci przebywania ze wspólnotą i uczestniczenia w spotkaniach doszłaś do pragnienia oddania Bogu całego życia?

– Animatorka mojego Domu Modlitwy zaproponowała mi wspólny wyjazd na Paschę do Świdnika, gdzie wtedy mieszkała Wspólnota Wewnętrzna. Ponieważ pracowałam na kolei i miałam darmowe bilety, powiedziałam: „Jadę z tobą”.

Nic nie wiedziałam o celibatariuszach. Pojechałam i bardzo mi się tam spodobało. Od tamtej pory już zawsze chciałam przeżywać święta wielkanocne we wspólnocie. Wtedy jeszcze nie myślałam o dziewictwie. 

Przede wszystkim jednak nie byłoby mnie tutaj, gdybym nie poznała Pana. Pierwsze doświadczenie Jego miłości, to było doświadczenie miłości przebaczającej, tak ogromnej, że była dla mnie niepojęta. Poczułam, że Pan mi przebacza, a ja w to uwierzyłam i przebaczyłam sama sobie to wszystko, co było w moim życiu wcześniej. Stało się to na spotkaniu Domu Modlitwy. Biorąc udział w spotkaniach, a potem otwierając własny Dom Modlitwy, byłam w sytuacji, że wciąż mogłam zdecydować, którą drogą chcę iść w życiu. Do tej pory myślałam, że to będzie małżeństwo, ale przychodziły momenty, że się zastanawiałam: „Panie, czego Ty chcesz dla mnie?”. I kiedyś dostałam Słowo, którego nie rozumiałam, albo obawiałam się je zrozumieć: Bo jak młodzieniec poślubia dziewicę, tak twój Budowniczy ciebie poślubi, i jak oblubieniec weseli się z oblubienicy, tak Bóg twój tobą się rozraduje (Iz 62,5). Czytałam to Słowo i zaskoczyło mnie ono; wydawało mi się to niemożliwe. Zaczęłam rozumieć, że Pan chce jeszcze głębszej, jeszcze bardziej intymnej relacji ze mną niż dotąd. Zaprasza mnie do czegoś więcej. Dotknęła mnie miłość Pana w tym Słowie, ale jeszcze nie byłam gotowa podjąć decyzji.

Byłam w tej dobrej sytuacji, że osoby odpowiedzialne za wspólnotę w Gdyni pomagały mi rozpoznawać moje powołanie i wspierały mnie. Jeśli miałam trudności z podjęciem decyzji, to wiązało się to z moim tatą, który po śmierci mamy całą uwagę skupił na mnie. W jego planach i w planach innych osób było to, żebyśmy mieszkali razem i żebym ja się nim zajęła, tym bardziej, że jest osobą niesłyszącą, a do tego w starszym wieku. Ostatecznie doszłam do przekonania, że muszę się rzucić w to, co nieznane. Bo nie wiem, jakie będzie to życie i czy ja w ogóle dam radę. Ufałam, że jeśli Pan mnie powołuje, to on też da potrzebne siły. Oddałam też w Jego ręce mojego tatę i całą rodzinę, bo to są najlepsze ręce. Wcale nie miałam pewności, że będąc blisko taty, pomogę mu bardziej niż na odległość. 

Przez dziesięć lat mojego życia we wspólnocie nie było ani jednego dnia, kiedy bym żałowała, że jestem tutaj i że idę za Panem z moimi braćmi i siostrami. Mój tata jest szczęśliwy, że służę Panu. Zresztą tata również jest członkiem Koinonii. Razem jeździliśmy na spotkania. Ilekroć się spotykamy, tata mówi mi, że modli się za mnie i za moje powołanie. Jest bardzo radosny. Po ludzku chciałby, żebym była przy nim. Wierzę, że Pan dopełnia tego, czego ja mu nie mogę dać.

– Czym, według Ciebie, różni się życie z Panem w świecie i życie z Nim we wspólnocie celibatariuszy?

– Jest to wyzwanie, bo wspólnota przez cały dzień jest praktycznie razem. Tylko na wypoczynek i na modlitwę osobistą idziemy do swoich klauzur. Ale jest to dla mnie łaska, bo będąc osobą słabą, w świecie byłam narażona na rozmaite pokusy. Tutaj jest też więcej radości.

 

– Czyli wejście do wspólnoty było ucieczką przed światem? 🙂

– Nie. Ja wcześniej zastanawiałam się nad życiem konsekrowanym w świecie. Takie rozwiązanie brałam pod uwagę ze względu na mojego tatę. Pan jednak jasno dał mi do zrozumienia, że chce, żebym dołączyła do Wspólnoty Wewnętrznej: Przyłącz swój los do naszej wspólnoty, jedna sakwa niech łączy nas wszystkich! (Prz 1,14). Doszłam też do wniosku, że życie wspólnotowe jest dla mnie lepsze. Przede wszystkim we wspólnocie trzeba się ciągle konfrontować z innymi. To znaczy być z nimi nawet wtedy, kiedy po ludzku nam to bardzo nie pasuje. W świecie mamy możliwość przebywać z tymi, z którymi chcemy. Wspólnota stała się całym moim życiem, to znaczy, że nie ma w nim podziału na to, co wspólne i co osobiste – we wszystkim należę do Pana. Poza tym, żyjąc tam gdzie dotąd, pewnie żyłabym za bardzo życiem mojej rodziny…

 

– Jest sporo osób, które niewiele wiedzą o Wspólnocie Wewnętrznej. Są i takie, które, chociaż czują się do niej powołane, nie mają odwagi się do nas zbliżyć. Co mogłabyś takim osobom powiedzieć o życiu celibatariuszy? Co Tobie pomogło zdecydować się na ten sposób życia?

– Ciągle powracało do mnie słowo Pana. Wiedziałam, że On zna mnie najlepiej. Pamiętając o moim dotychczasowym życiu, rozumiałam, że on wie, co jest dla mnie najlepsze. Poza tym dla mnie wypełnia się we wspólnocie Ewangelia, która mówi, że jeśli pozostawisz dom, ojca i matkę, to Pan da ci jeszcze więcej. Bo może się wydawać, że wstępując do Wspólnoty Wewnętrznej tracisz siebie albo musisz coś oddać, i że cię to kosztuje. Wchodziłam do wspólnoty świadomie, wiedząc, że to Pan mnie zaprasza i że jeśli nie odpowiem na to zaproszenie, nie potrafię znaleźć szczęścia nigdzie indziej. Byłoby to odrzucenie Jego miłości. Dopóki nie podjęłam decyzji, odczuwałam z tego powodu smutek i przygnębienie. Ostatniego dnia przed wyjazdem poszłam pożegnać morze, które bardzo kocham. Mówiłam wtedy do Pana: „Panie, wszystko zostawiam, bo Ty jesteś najważniejszy”. Co z tego, że miałabym to wszystko, jeśli nie byłabym szczęśliwa i nie mogłabym się tym dzielić? Tymczasem, kiedy wstąpiłam do wspólnoty, dostałam od Pana jeszcze więcej. Zawsze lubiłam podróże, a w naszym życiu podróży nie brakuje. Czasem człowiek jest już nimi zmęczony… Mam możliwość poznawania wielu ludzi z innych krajów, bo wspólnota ma charakter międzynarodowy. I morza też mi nie brakowało, bo mieszkając we Włoszech, mogłam ich mieć aż trzy. Patrząc z perspektywy czasu, widzę, że otrzymałam więcej, niż oddałam. Cieszę się, że mogłam odpowiedzieć na Jego powołanie. Mogę w ten sposób brać udział w budowaniu Kościoła i widzieć cuda, które Pan czyni. Widać to w opatrzności, która nad nami czuwa; jest to źródło mojej wdzięczności. Wydaje mi się, że w świecie nie doświadczałabym tego w tym samym stopniu. Kiedy się pracuje na własne utrzymanie, to jest inaczej, niż kiedy się jest zależnym od Pana, a także od braci i sióstr. Cieszę się, że Pan sam podtrzymuje to powołanie i je rozwija i że nie jestem sama.

 

– Skoro zależność od Opatrzności i od innych ludzi, która w świecie jest czymś trudnym do przyjęcia, Ty uważasz za dar, to co w takim razie jest Twoją trudnością w życiu w dziewictwie dla Królestwa Niebieskiego?

– Trudność to moja słabość i mój grzech, które wychodzą w relacjach z innymi. Nie przechodziłam żadnych kryzysów we wspólnocie. Iwona (Pasterz Oazy Nowy Radzic – przyp. red.) mnie pociesza, że nie każdy musi je przechodzić, a ja mówię, że może wszystko jeszcze przede mną… Wspólnota jest dla mnie przede wszystkim darem. Popycha mnie, bo pewnych rzeczy sama bym nie zrobiła. Ja z natury nie wyrywam się na pierwszą linię, a dzięki wspólnocie robię to, czego sama może nawet bym nie chciała. To takie wyzwania, które stają przede mną.

 

– Czyli znów to, co wydaje się trudnością, okazuje się darem, bo potrafisz robić rzeczy, których byś się po sobie nie spodziewała?

– Tak. Pan pokazuje, że wszystko mogę w Nim, jeżeli pozwolę się poprowadzić braciom. Doświadczam trudności, kiedy czegoś nie potrafię, ale ilekroć jestem uległa Panu, to On przezwycięża tę moją słabość. 

– Skoro różne trudności okazują się dla Pana okazją do zrobienia rzeczy nowych i dobrych, to powiedz, co z Twojej przeszłości, z czego się nawróciłaś i co pozostawiłaś dla Pana, stało się dla Ciebie skarbem, z którego dziś Bóg pozwala Ci korzystać?

 

– Po pierwsze, gdybym nie przeżyła różnych upadków i trudności, to nie poznałabym Pana; nigdy bym do Niego nie zawołała. Pan dał mi tę łaskę, że z osoby religijnej stałam się wierzącą i ufającą Bogu. Wcześniej chodziłam do kościoła, ale nie miałam relacji z Bogiem. Ten brak relacji i poszukiwanie miłości zaprowadziły mnie do innych bogów. Zainteresowałam się New Age i różnymi praktykami z tego kręgu. Świat teraz żyje tym jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy ja się tym interesowałam. Dzisiaj pozostała mi wrażliwość na problemy tego rodzaju. Często mówię o tym, dając świadectwo. Dostrzegam u ludzi talizmany; czasami podejmuję rozmowę na ten temat. To zawsze jest walka: jak to zrobić? jak powiedzieć?… Zdarzało się, że udawało mi się przekonać kogoś o tym, że nie jest to dobre. Czasem jednak się nie udawało i był to dla mnie ból. 

– Są na pewno rzeczy, o które Cię nie zapytałem, a którymi może chciałabyś się na koniec podzielić…

– Chciałabym powiedzieć o mojej wdzięczności dla wszystkich, których Bóg postawił na mojej drodze, Najpierw była to Jadzia Wielkopolan, animatorka Domu Modlitwy, do którego trafiłam. Ona mnie nauczyła czytać słowo Boże i wprowadziła mnie w relację z Jezusem. Hania Damięcka (Koordynatorka Wspólnoty Rodzinnej w Bojanie k. Gdyni – przyp. red.) pomogła mi podjąć decyzję, aby odpowiedzieć na powołanie Pana, a Zenek Kufel (Koordynator Regionu Gdynia – przyp. red.) to moje powołanie pielęgnował. A potem oczywiście Iwona i wspólnota ze Świdnika, a teraz z Radzica, czyli ci, którzy mnie przyjęli.

– A dlaczego mówi się o Tobie Danka, chociaż na imię masz Janina?

– No właśnie. To wszystko wina mojego taty [śmiech]. Mój tata dał mi na chrzcie imię Janina Danuta. Mój tata jest Jan, więc – Janina. Od małego wołali na mnie Danka. Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś mówił do mnie „Janina”. Teraz mojemu bratu albo komuś z mojej wspólnoty wyrywa się czasem „Janina”. Zastanawiam się niekiedy, jak Pan mnie woła: „Danuto”, czy „Janino” [śmiech]. Zresztą obiecał mi, że mnie nazwie Swoim imieniem, więc pewnie mam jakieś niepowtarzalne. 

– Dziękuję Ci za rozmowę.