Nowe serce – przygoda, która wciąż trwa

o. Artur Bilski

Pan, kiedy wzywa, zawsze daje wszystko, co jest potrzebne, żeby Mu na to wezwanie odpowiedzieć, i czyni nas szczęśliwymi. Można wtedy w wolności przyjąć każde wyzwanie.

Z o. Arturem Bilskim, Pasterzem Oazy Koinonii w Los Angeles (USA) rozmawia Robert Hetzyg

O. Artur Bilski urodził się i wychował w Poznaniu.

Robert Hetzyg: Kiedy pomyślałeś, żeby oddać życie Bogu?

Artur Bilski: Bardziej niż w kategoriach oddawania życia, ja widzę to jako przygodę z Panem. Moje powołanie rozkłada się na kilka etapów, a do świadomego oddania życia Bogu musiałem po prostu dojrzeć. Początkiem tej przygody był sen, jaki miałem w wieku pięciu lat. Ukazał mi się Jezus i gestem zapraszał mnie, żebym poszedł za Nim. Ten sen opowiedziałem mamie, która go na szczęście zapamiętała, bo ja już nazajutrz w ogóle o nim nie myślałem. Dopiero dzisiaj widzę, jak bardzo ten sen wpłynął na moje życie. Jako młody chłopak wciąż miałem świadomość, że Pan czegoś ode mnie chce, ale niespecjalnie mi się to podobało. Podobały mi się natomiast dziewczyny, świat i wszystko, co miał on do zaoferowania. Ten sen naprawdę był opatrznościowy, bo moje środowisko zupełnie nie sprzyjało takiemu rozwojowi, żebym był w stanie odpowiedzieć na powołanie. Myślę, że aż do chwili, kiedy po raz pierwszy odpowiedziałem Bogu, ten sen mnie po prostu chronił.

Kiedy zdawałem maturę, Pan znowu pukał do mojego serca, a ja Mu wtedy powiedziałem „nie”. Chciałem iść swoją drogą i nie miałem zamiaru upodabniać się do księży, których znałem, a o życiu zakonnym nie myślałem w ogóle.

Po maturze, idąc za moimi zainteresowaniami, rozpocząłem studia na kierunku telekomunikacja i informatyka. I wtedy Pan zastosował wobec mnie metodę „kija i marchewki”, z tym, że akurat był to czas „kija”. Zostałem usunięty z uczelni, chociaż starałem się jak mogłem i podobało mi się tam. A wszystko za sprawą oszalałego profesora, który po prostu z góry zadecydował, żeby mnie oblać na pierwszym roku studiów, co doprowadziło do skreślenia mnie z listy studentów. Samego profesora usunięto z uczelni kilka miesięcy później. I wtedy, wychodząc z egzaminu komisyjnego, po raz pierwszy usłyszałem w sercu głos Pana. Powiedział mi: „Jeszcze będziesz mi za to dziękował”. Ale wtedy zupełnie nie przyjąłem tego do wiadomości. Po oblanym egzaminie komisyjnym całą ósemką (nikt z nas wtedy nie zdał) poszliśmy pocieszyć się winem w pobliskich barach. W sercu jednak miałem ogromną pustkę, a do tego, gdzieś na jego dnie, leżała świadomość, że powiedziałem „nie” Bogu, który czegoś ode mnie chciał.

Z tego rozżalenia zwróciłem się do Boga: „Skoro tak, to ja idę na teologię”. Ale postawiłem warunek, że jeśli po roku nowe studia nie będą mi się podobały, to wracam na moją poprzednią uczelnię. W tym czasie Pan postawił na mojej drodze dominikanina (dzisiaj trapistę – przyp. red.), o. Michała Zioło. Stał się moim przyjacielem i kierownikiem duchowym. Przekazał mi doświadczenie Boga i zachęcił do czytania Biblii. Podczas pewnej spowiedzi zostałem zachęcony do przeżycia nowego doświadczenia ze Słowem Bożym. Usłyszałem, że mogę po powrocie do domu otworzyć Pismo Święte i fragment, na który trafię, miał być Słowem dla mnie. „Pan chce do ciebie mówić” – ta zachęta po prostu zaszokowała mnie. Jak to? To tak można robić? Zrobiłem to i Pan naprawdę do mnie wtedy przemówił.

RH: Pamiętasz, co to było za słowo?

AB: Robert, nie wprowadzaj mnie w kłopotliwe zawstydzenie. Ja wtedy byłem tak przejęty tą możliwością, że nie skupiłem się nawet na tym, jakie to było Słowo. Wiem tylko, że w tamtym momencie do mnie przemówiło. Zrozumiałem wtedy, że Pan mówi do mnie przez Biblię i że jest to dla mnie wielkim darem. Po roku, dzięki czytaniu słowa Bożego i dzięki doświadczeniu przyjaźni, był we mnie niesamowity ogień miłości do Pana. Byłem zupełnie innym człowiekiem. Powiedziałem: „Jezu, ja muszę coś dla Ciebie zrobić. Mówię Ci „tak”, chociaż nie wiem, co mam zrobić”.

Ojca Michała przeniesiono wcześniej do innego klasztoru i zostałem sam. Poznałem w tym czasie pewnego karmelitę (tak się składało, że oba klasztory – dominikański i karmelicki – znajdowały się na terenie parafii, w której mieszkałem). Zaprosił mnie w czasie wakacji na wyjazd z grupą młodzieży. W tych okolicznościach mogłem trochę bliżej przyjrzeć się życiu zakonnemu. Zrozumiałem wtedy, że Pan chce, żebym oddał mu życie przez złożenie ślubów zakonnych. Nie wiedziałem, który z klasztorów wybrać. Przeprowadziłem proste rozeznanie: dominikanie mają tylko jedną godzinę modlitwy osobistej, a karmelici – dwie.

RH: Dwa do jednego dla karmelitów?

AB: Tak. I nic głębszego nie wiedziałem o życiu w Karmelu. Poszedłem po prostu za ogniem, jaki w sobie miałem. W nowicjacie było całkiem przyjemnie: spacery, dobre jedzenie, odpoczynek, radykalne życie nowicjackie, modlitwa. Serce się raduje. Pierwszy problem pojawił się, kiedy wróciłem do Poznania, do tzw. studentatu (studia filozoficzne i teologiczne dla kandydatów do kapłaństwa w zakonie – przyp. red.). Coraz mniej się odnajdywałem w tym miejscu, ale sobie mówiłem: „Panie, jeżeli Ty mnie tu powołałeś, to nawet jeżeli cierpię, nie mogę Ci powiedzieć „nie” i wystąpić z zakonu”.

Po roku przeżyłem moje pierwsze doświadczenie charyzmatyczne. Było to u karmelitanek w Szczecinie. Przeniosły się właśnie do nowego klasztoru i potrzebowały pomocy w pracach wykończeniowych. Poprosiły o nią Karmel poznański. Zgłosiło się nas czterech na ochotników i pracowaliśmy tam przez dwa tygodnie. Pierwszego dnia, po wspólnej jutrzni z siostrami (one, oczywiście, za kratami), kiedy moi bracia poszli przygotowywać śniadanie, ja zostałem w kaplicy, żeby się jeszcze pomodlić w ciszy. Siostry w pewnej chwili zaczęły śpiewać w językach, a ja myślałem, że znalazłem się w raju. To było tak silne doświadczenie piękna i dobroci Pana, że byłem jak sparaliżowany; słuchałem i w ogóle nie wiedziałem, co się dzieje. Tego samego dnia zapytałem sióstr, co to było. „A co? Spodobało ci się?” – zapytały. „Bardzo mi się podobało.” „A chciałbyś się tak modlić?” „A można?” „Tak, można.” „To ja bym chciał.” Ustaliliśmy, że siostry się za mnie pomodlą. Modlitwa była „na radar”, bo dzieliła nas krata. I tam, w rozmównicy, otrzymałem wylanie Ducha Świętego. Bóg przemówił do mnie wtedy przez słowo prorocze: „Oto nadchodzę i nic złego przede mną się nie ostoi”. Wiedziałem, że to dotyczyło mojego życia i że Pan zaczyna dokonywać w nim wielkich zmian.

Po powrocie do Poznania, w klasztorze czułem się jeszcze bardziej obco, bo moje nowe doświadczenie nie spotykało się z głębszym zrozumieniem współbraci, kiedy się nim dzieliłem. To jakby zupełnie inne doświadczenie duchowe.

RH: Ciekawe, bo przecież twoje doświadczenie charyzmatyczne narodziło się również w Karmelu, u sióstr. Może to jednak nie doświadczenie, a ludzie?

AB: To prawda. Ja w tamtym czasie poznałem również o. Serafina, charyzmatycznego karmelitę. I tak zbliżamy się do drugiego etapu mojego powołania, w którym na scenę wchodzisz ty. Służąc za kierowcę mojemu przeorowi, znalazłem się pewnego dnia w Bydgoszczy, gdzie poznałem ks. Roberta Hetzyga i jego wspólnotę, która podążała w nurcie duchowości Koinonii Jan Chrzciciel. Pamiętam naszą nockę, którą przegadaliśmy do szóstej rano. Potem odprawiałeś mszę świętą, do której ci służyłem i na której obaj prawie spaliśmy (śmiech). Ta noc była dla mnie ważnym przeżyciem, bo znalazłem w tobie kogoś, kto myślał w ten sam sposób o relacji z Panem.

RH: To było jedno z piękniejszych moich przeżyć. Miałem poczucie takiej niesamowitej duchowej jedności pomiędzy nami.

AB: Sam fakt, że rozmawialiśmy do szóstej, już coś mówi na ten temat.

RH: I to nie rozmawialiśmy o byle czym.

AB: Po tej rozmowie, wracając do Karmelu, odkryłem, że mam nowego przyjaciela, z którym mogę dzielić się pragnieniami mojego serca, a mianowicie, żeby jeszcze mocniej pójść za Jezusem. Tak zaczęły się moje wizyty w Bydgoszczy.

RH: My wtedy byliśmy zbudowani tym twoim poszukiwaniem Pana; że stać cię było na wysiłek pokonywania takiej odległości po to, żeby spotykać się ze wspólnotą. Sami zresztą mogliśmy doświadczyć, jak Pan posługiwał się tobą i tymi, którzy razem z tobą przyjeżdżali, dla dobra naszej ówczesnej wspólnoty.

AB: Ta moja przyjaźń z tobą była jednocześnie przyjaźnią z całą wspólnotą, ale przede wszystkim była to przyjaźń z Panem, która wzrastała dzięki wspólnocie i dzięki przyjaźni z tobą. W centrum mojego serca znalazło się doświadczenie charyzmatyczne, przeżywane we wspólnocie. Jednocześnie moje rozdarcie pomiędzy tym doświadczeniem a życiem codziennym w klasztorze było coraz większe.

Pan przyszedł mi znowu z pomocą. Podczas Kursu Filip w Bydgoszczy, w którym brałem udział, po raz pierwszy głośno i świadomie mogłem ogłosić Jezusa moim Panem i Zbawicielem. Po kursie, razem z kilkorgiem ludzi z Poznania, zawiązaliśmy grupkę, która spotykała się na modlitwie charyzmatycznej. 31 lipca 1996 roku, poprzez jednego z jej członków, Pan przyszedł do mnie w Słowie z Księgi Proroka Izajasza (52, 7-12). Zachęcał mnie do wyjścia stamtąd, gdzie jestem. Zrozumiałem, że Karmel nie był moim miejscem i dlatego tak cierpiałem. Poprosiłem Pana, żeby w określonym czasie dał mi jakiś znak, jeśli to moje odejście nie leży w Jego planie. Nie otrzymałem takiego znaku. Podjąłem więc decyzję o odejściu. Podobnego zdania byli też moi zakonni przełożeni, którzy mieli wątpliwości, co do mojego powołania do Karmelu.

Zamieszkałem w Bydgoszczy. Był to dla mnie czas wielkiej duchowej odnowy. Chciałem żyć w tej wspólnocie i wzrastać w relacji z Panem. Nie myślałem już jednak o życiu konsekrowanym, które oznaczało dla mnie wtedy pasmo cierpień. Zaraz zresztą pojawiła się dziewczyna, z którą się zaprzyjaźniłem. Wtedy też, jak pamiętasz, napisaliśmy do Ricardo z prośbą o możliwość doświadczenia życia w Camparmò. I tak zaczął się ostatni etap mojej drogi do miejsca, które potem rozpoznałem jako mój dom i moje powołanie.

RH: A jak rozpoznałeś i jak przyjąłeś to powołanie do życia w dziewictwie, mając w sercu zupełnie inne pragnienia, a w pamięci doświadczenie duchowego rozdarcia, jakie przeżywałeś w zakonie?

AB: W Camparmò Pan dał mi nowe serce. Kiedy tam przyjechaliśmy, Pan konkretnie mówił mi, że to jest mój dom i moje powołanie. Mówił to zarówno na modlitwie wspólnotowej, jak i osobistej. Tylko, że ja nie byłem wtedy w stanie tego przyjąć. Przez miesiąc z tym walczyłem. Doszedłem do takiego stanu, że powiedziałem: „Panie, albo Ty coś z tym zrobisz, albo ja jutro stąd wyjeżdżam”. Przyszła noc z 23 na 24 listopada. Kiedy kładłem się spać, nie miałem pojęcia, że nazajutrz obudzę się jako ktoś zupełnie nowy. Otrzymałem wtedy pokój i radość. Nie rozumiałem, co się dzieje. Zacząłem wreszcie słyszeć śpiewające na zewnątrz ptaki. Miałem wrażenie, że po raz pierwszy w Camparmò zobaczyłem błękit nieba. Podczas porannej toalety zrozumiałem, że ja mam nowe serce, w którym jest „tak” dla Pana. I to bez walki. Decyzja o oddaniu życia, tak jak to na początku nazwałeś. Ponieważ akurat tego dnia Ricardo był w Camparmò, od razu do niego poszedłem i podzieliłem się tą radością, że zostaję we wspólnocie. Taką decyzję mogłem jednak podjąć tylko dzięki nowemu sercu, jakie dostałem od Jezusa. Pamiętam, że tego dnia wspólnota urządziła święto na cześć tej mojej decyzji. Wiem, że była ona również owocem mojej cierpliwości i modlitwy.

Pan, kiedy wzywa, zawsze daje wszystko, co jest potrzebne, żeby Mu na to wezwanie odpowiedzieć, i czyni nas szczęśliwymi. Można wtedy w wolności przyjąć każde wyzwanie. Dla mnie takim wyzwaniem była próba, jakiej zostałem poddany. W rozmowie z Ricardo powiedziałem, że zamierzam wrócić do Polski, uporządkować swoje sprawy i skończyć ostatni rok studiów, jaki mi został. Ricardo powiedział mi wtedy: „Jeśli Pan cię wezwał, to bądź radykalny, zostaw wszystko i zostań tu od razu”. Tak też zrobiłem. Po rzeczy pojechałem dopiero po pół roku.

Tak zaczęło się moje życie we wspólnocie braci i sióstr konsekrowanych w Koinonii Jan Chrzciciel. A sprawiła to łaska Pana, który uzdolnił moje serce do udzielenia odpowiedzi na powołanie. Po ludzku nie byłem do tego zdolny, choć przez cały czas starałem się być otwarty. Prosiłem, żeby On coś zrobił, i wysłuchał tej mojej modlitwy, dając mi nowe serce. I to serce powiedziało Mu „tak”. Wielką rolę odegrała w tym wszystkim wspólnota, która otoczyła mnie modlitwą i miłością. Dlatego myślę, że najlepszym miejscem do rozeznawania swojego powołania jest wspólnota żyjąca tym powołaniem. Nie da się tego powołania rozpoznać, żyjąc wyłącznie w rodzinie, a tym bardziej, będąc zaangażowanym w jakiś związek uczuciowy.

RH: Ale ktoś mógłby powiedzieć, że we wspólnocie nie jesteś w stanie się zdystansować od czegoś, co może wpływać na Twoją decyzję? Wiesz, presja grupy i takie tam…

AB: Moje doświadczenie jest takie, że ta „grupa” pozostawiła mnie wolnym. Oni się modlili i zachęcali mnie do modlitwy. Nie miało miejsca żadne „uwodzenie”. Warto pamiętać, że powołanie do dziewictwa jest darem Ducha Świętego, a dary Ducha rozeznaje się we wspólnocie i tylko we wspólnocie mogą one wzrastać. O ile małżeństwo jest czymś naturalnym i nie potrzeba specjalnej interwencji Bożej, to w wypadku powołania do dziewictwa mamy do czynienia z czystym darem Ducha Świętego. A ten dar potrzebuje nowego środowiska, żeby mógł się rozwinąć. To jest skarb, który przechowujemy w glinianych, czyli delikatnych i kruchych naczyniach.

Podsumowując: chcąc odpowiedzieć Bogu na Jego powołanie, potrzeba: –

    otwartości serca, wytrwałości w modlitwie o nowe serce, modlitwy i miłości wspólnoty, aby to się mogło stać.

RH: Dziękuję ci za rozmowę i za okazję do odświeżenia tamtych chwil, które zadecydowały nie tylko o twoim, ale i o moim życiu.

AB: A w tym wszystkim, zarówno do wspólnoty w Bydgoszczy, jak i do wspólnoty w Camparmò, pociągnęła mnie przyjaźń, jakiej tam zaznałem.

RH: I tego samego doświadczenia życzymy wszystkim poszukującym w swoim życiu Jezusa.