Pan jest wierny

Chiara

W moim życiu wspólnotowym doświadczyłam tego, że- niezależnie od różnych trudności czy moich własnych wpadek- Pan jest wierny. I to jest to, co się tak naprawdę liczy.

Z Agnieszką (chiarą) Połuboczko, studentką filozofii na Papieskim Uniwersytecie Urbaniana w Rzymie, rozmawia Robert Hetzyg.

Robert Hetzyg: Agnieszka Chiara Połuboczko, lat?

Agnieszka Chiara Połuboczko: prawie 27.

RH: We wspólnocie od lat?

ACP: W Koinonii w ogóle od dziesięciu z hakiem, a we Wspólnocie Wewnętrznej – od ośmiu, też z haczkiem.

RH: Byłaś pobożną dziewczynką?

ACP: Tak. Zawsze jakoś kroczyłam za Panem. W wieku dziesięciu lat trafiłam do mojej pierwszej wspólnoty. To była Dziecięca Krucjata Matki Bożej Niepokalanej czy coś takiego. Były fajne siostry, które nas uczyły religii, w kościele rozdawali obrazki – było super. Później, kiedy byłam starsza, już mi nie dawali obrazków i te siostry nie uczyły mnie już religii, więc wszystko straciło na atrakcyjności.

Pamiętam, że kiedy przychodziła sobota, brała mnie złość, że nazajutrz muszę iść do kościoła. W domu niedzielna msza była obowiązkowa. Pamiętam, że po mszy, oprócz wielkiej radości, że mam to już z głowy, ogarniał mnie mimo wszystko strach, że „byłam taka niedobra i nie chciałam przyjść do kościoła”.
Później, przez znajomych, przybliżyłam się najpierw do Oazy (miałam wtedy chyba piętnaście lat), a potem trafiłam do młodzieżowej wspólnoty, w której spotykali się licealiści i studenci. To była Wspólnota Św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Należeli do niej ludzie, którzy mieli doświadczenie Odnowy. Tam właśnie przyjęłam Pana do swojego życia. W tej właśnie wspólnocie poznałam Jurka Zięcika (obecnie koordynatora Koinonii w Słupsku – przyp. red.) i kilka innych osób, które potem znalazły się w Koinonii.

Słuchałam wtedy świadectw, podczas których różni ludzie mówili między innymi o tym, że Jezus uwalnia od lęku. A ja od dziecka miałam w sobie dużo różnych lęków, dlatego bardzo spodobała mi się perspektywa uwolnienia się od nich. Jednym z tych lęków były koszmary, które budziły mnie w nocy. Często nawet ich nie pamiętałam, tylko budziłam się przerażona. Czasem Zdarzało się to kilka nocy z rzędu, więc było to powodem mojego zmęczenia. W końcu bałam się nawet zasypiać, żeby znowu nie obudzić się z lękiem. Pewnej nocy obudziłam się cała wystrachana i powiedziałam: „Panie, ja Tobie oddałam moje życie. Zabierz mi ten lęk, ja już tak dłużej nie mogę!”. Od tamtej pory więcej się to nie powtórzyło.

RH: Od decyzji oddania życia Jezusowi do wybrania drogi życia konsekrowanego musiałaś chyba pokonać jakąś drogę, prawda? Nie przypominam sobie, żebyś sprawiała wrażenie osoby o zakonnym usposobieniu, a znamy się… no, też już z dziesięć lat. Co cię skłoniło do podjęcia takiej radykalnej decyzji?

ACP: Od kiedy przyjęłam Jezusa jako mojego Pana i Zbawiciela, zrodziło się we mnie pragnienie przyjaźni z Nim. Kiedy dokonał w moim życiu czegoś, z czym sama nie mogłam sobie poradzić (mam na myśli to uwolnienie od lęku), zobaczyłam, że On ma bardzo wielką moc. Zaczęłam chodzić na spotkania Domu Modlitwy, zaczęłam czytać książki, które mnie przybliżały do Pana. A jeśli chodzi o kwestie zakonne, to znałam siostry i nawet sobie żartowałam, że zostanę zakonnicą, ale oczywiście nie miałam takiego zamiaru. Zawsze natomiast angażowałam się bardzo we wszelkiego rodzaju wolontariaty. Czasami sama się sobie dziwię: chodziłam do Caritasu w soboty o ósmej rano, żeby pobyć z dzieciakami do trzynastej i pomóc im w odrabianiu lekcji. To były dzieci z parafii – ciężkie przypadki z różnymi rodzinnymi patologiami. Chodziłam też do szpitala, na oddział chirurgii dziecięcej, do hospicjum. Do domu wracałam właściwie tylko na noc, bo nazajutrz trzeba było iść do szkoły.

No, więc miałam co robić, ale w pewnym momencie to wszystko zaczęło się zmieniać. Weszłam w kryzys, bo zawsze byłam osobą zajętą, która wszędzie się udzielała… Kocham życie, zawsze je kochałam, lubiłam żyć na maksa i dawać coś z siebie. Tylko, że w pewnym momencie wszystko zaczęło się zmieniać. To, co wcześniej mnie nakręcało, nagle straciło blask. Jedyna rzecz, która ciągle była dla mnie ważna, to Służba Maltańska. Byłam ratownikiem przedmedycznym. Było mi ciężko się modlić, ale Pan był dla mnie ratunkiem; byłam przekonana, że tylko On może mi pomóc. Widzieli to również moi znajomi, także ludzie ze wspólnoty. Nie wiedziałam, co to się dzieje. Tak jakby grunt mi się zaczynał usuwać spod nóg. To było coś w stylu trzęsienia ziemi: widzisz wszystko dookoła ciebie, ale nie możesz złapać równowagi i wszystko widzisz jakby za mgłą. Zaczęłam się zastanawiać i przede wszystkim modlić. Pamiętam, że dotykały mnie zwłaszcza pokój i miłość Pana na modlitwie. Było mi się strasznie ciężko modlić, znajdować słowa, właściwie to cały czas płakałabym przed Panem i wylewałabym przed nim moje niezrozumienie tej całej sytuacji, ale czułam się ogarnięta i przeniknięta Jego miłością.

W pewnym momencie zadałam Panu pytanie: „Czego Ty w ogóle chcesz? O co chodzi?”. Przechodziło mi przez głowę, że może Pan chce, abym oddała mu całe życie. No, ale w takim razie, po co mnie powołał do Koinonii? Bo z tego jednego akurat zdawałam sobie sprawę, że jestem powołana do Koinonii. Nie znałam Wspólnoty Wewnętrznej i wyobrażałam sobie życie oddane Bogu w jakimś zakonie. Nie rozumiałam tego wszystkiego i z nikim się tym nie dzieliłam. Mówiłam tylko, że mam ciężki czas i że czegoś mi brakuje, tylko nie wiedziałam czego. Podziwiałam siostry klauzurowe, ale wiedziałam, że to nie dla mnie. Rozniosłabym chyba taki klasztor albo on rozniósłby mnie.
W stanie takiego przygnębienia pojechałam na Kurs Paweł w lipcu 2003 r. Na tym kursie kilkakrotnie wspominano o Iwonie Sułek jako o przykładzie pozornie nieudanej ewangelizacji. Przypomniało mi się wtedy, że ty kiedyś zaprosiłeś mnie do Radzica. Do tego podczas kursu dostałam słowo z Izajasza (62,1-5), gdzie jest m.in. napisane: Nie nazwą cię już „Opuszczona”. A ja się właśnie czułam opuszczona, tym bardziej, że nie miałam własnego Domu Modlitwy. I co ja miałam robić bez Domu Modlitwy, świeżo po kursie Paweł? Jak ktoś przeczyta ten fragment, to od razu zobaczy, że ja naprawdę nie traktowałam poważnie ewentualnego życia konsekrowanego, skoro tak go zinterpretowałam. Podzieliłam się tą moją interpretacją z przyjaciółmi, Martą i Mateuszem Kruczkowskimi, którzy wtedy nie byli jeszcze małżeństwem, a oni jakoś nie okazywali wielkiej radości. Kiedy ich o to zapytałam, powiedzieli: „No, fajnie, że tak myślisz”. Mój koordynator w Słupsku ucieszył się tym moim pomysłem, ale porozmawiałam z rodzicami i wszystko umarło, bo nie dostałam zgody na otwarcie domu modlitwy. Znowu się więc zastanawiałam, o co chodzi Panu Bogu.
I tak przyjechałam do Radzica. Pamiętam, że z przystanku przywiozła mnie „maluchem” Monika Wojciechowska. Ja w ogóle nie miałam pojęcia, dokąd jadę. Nie wiedziałam, że mieszkają tu bracia z siostrami. W ogóle nie wiedziałam, o co w tym chodzi. wiedziałam tylko, że są tu, jak ich nazywali, celibatariusze z Koinonii. Znałam tylko ciebie, a ty byłeś księdzem, więc to akurat nie było niczym nowym, ale co to są bracia i siostry konsekrowani? Przypominam sobie, że kiedy wysiadłam z tego samochodu, odczułam niesamowity pokój i radość, że tu jestem.
A w ogóle, to kiedy zadzwoniłam do Iwony, zdziwiło mnie bardzo, w jaki sposób ze mną rozmawiała. Bo jak się dzwoniło do sióstr zakonnych, żeby się umówić, to odpowiadały, że bardzo chętnie, że jasne i w ogóle były bardzo serdeczne. A Iwona wydała mi się wręcz oschła. Myślałam, że to ja określę reguły: chciałam przyjechać na półtora tygodnia, bo zgrywało się to z moimi wakacyjnymi planami. Tymczasem Iwona zapytała mnie: „Dlaczego chcesz przyjechać?”. Ja się spodziewam, że mnie przyjmą z otwartymi ramionami, a tu takie pytanie! Byłam na to zupełnie nieprzygotowana, więc wystrzeliłam: „Bo chcę się wam przyjrzeć”. Usłyszałam, że osoby przyjeżdżające pierwszy raz do Oazy zaprasza się na trzy, cztery dni. No, nic. Biorę to, co jest. Przynajmniej zobaczę, o co tam chodzi.
Monika pokazała mi całe obejście. A były to czasy stodoły z wielkimi wrotami, poprzedzielanej różnymi zasłonami. Monika powiedziała: „To teraz ci pokażę nasz refektarz, naszą kaplicę, kuchnię i bibliotekę”. „O, super!”– pomyślałam – „Biblioteka! To lubię!”. A ona odsłania kolejne zasłony i prowadzi mnie pomiędzy kartonami i pakami. Po odsłonięciu ostatniej zasłony powiedziała: „No, to właśnie tutaj”. Stał tam pośrodku stół z krzesłami i, oddzielone jeszcze jedną zasłoną, kuchenki gazowe. Nie zdziwiło mnie to ani nie zaszokowało. Poczułam się jak u siebie w domu.
Rzeczy, które pamiętam z tego czasu, to praca, dużo pracy. Nie było odpoczynku poobiedniego. Modliłam się z siostrami. Poza tym wszyscy się śmiali z mojego bardzo niewyszukanego języka. No i zaraz przy pierwszym posiłku dowiedziałam się, że należy zjadać wszystko, co mam na talerzu. Sporo grało się wtedy w piłkę.
Pamiętam, że strasznie nie chciałam stąd wyjeżdżać. Iwona powiedziała trzy, cztery dni, więc wyszłabym na źle wychowaną, gdybym ją poprosiła o jeszcze. Więc nie poprosiłam. Poprosiłam ją natomiast o rozmowę (też mnie dziwiło, że sama nie wyszła z inicjatywą). Powiedziałam wtedy Iwonie, że tak bardzo doświadczyłam Pana i Jego miłości, że jestem przekonana, że żaden mężczyzna nie mógłby się z tym równać. Chcę oddać Mu całe życie, bo On jest spełnieniem wszystkich moich oczekiwań. Jedyne, co mnie powstrzymywało, to mój wiek. Miałam siedemnaście lat i wszyscy mówili mi: „Masz jeszcze czas. Pójdziesz na studia, będziesz mogła wszystko lepiej ocenić”. Właściwie nikt nie brał mnie na serio. A Iwona – przeciwnie. I to mnie bardzo dotknęło. Byłam zaskoczona, nawet trochę przerażona, bo nikt mnie nigdy w życiu tak poważnie nie potraktował. Powiedziała mi wtedy, że jestem w doskonałym wieku na to, żeby usłyszeć głos Pana i że moja młodość jest moim atutem, a nie przeszkodą. Ta rozmowa dała mi wtedy wielki pokój.
Wyjeżdżałam z Radzica zakochana. Tak, to był ten stan! Unosiłam się 30 centymetrów nad ziemią i wiedziałam, że to jest moje miejsce i nie mogłam się doczekać, kiedy przyjadę następnym razem.

RH: Minęło osiem lat. Masz jeszcze ten entuzjazm czy też życie sprowadziło cię na ziemię?

ACP: Normalne jest, że stan zakochania jakoś przemija, przynajmniej jeśli chodzi o „latanie nad ziemią”. Z czasem zaczyna się stąpać twardo po ziemi, ale nie wyobrażam sobie życia poza wspólnotą. Nigdy mi nie przyszła taka myśl, że mogłabym żyć inaczej. Obawiałam się tylko, że mój specyficzny sposób bycia i wysławiania się w końcu sprawi, że po tylu latach we wspólnocie ktoś powie mi w końcu: „Nie zaczaiłaś, jak to życie nasze wspólnotowe wygląda, to nie jest miejsce dla ciebie”. Poza tym musiałam przejść od myślenia, jakim to jestem wielkim darem dla wspólnoty, do myślenia o tym, że to wspólnota jest darem dla mnie. Ja się zawsze czułam przyjmowana przez braci i siostry, pomimo tych moich różnych specyficznych cech, dlatego samej nigdy by mi nie przyszło do głowy, że to nie moje miejsce.
Z czasem oczyściły się również moje motywacje. Przestałam działać z myślą o tym, jak wypadnę, a zaczęłam się starać, żeby wszyscy wokół mnie się dobrze czuli, bo to przecież jest mój dom.

RH: Wyobrażam sobie, że nie zapytałem cię o wszystko, co mogłabyś opowiedzieć o swoim powołaniu. To może teraz sama powiedz to, czym chciałabyś się podzielić z czytelnikami.

ACP: W moim życiu wspólnotowym doświadczyłam tego, że – niezależnie od różnych trudności czy moich własnych wpadek – Pan jest wierny. I to jest to, co się tak naprawdę liczy i czego mogłam doświadczyć każdego dnia mojego życia wspólnotowego. Podczas modlitwy nade mną, w dniu, kiedy składałam prośbę o przyjęcie na rok do wspólnoty, usłyszałam takie słowa: „Teraz już nie będziesz chodziła sama, ale to twoi bracia będą cię nosić na rękach”. Dla mnie w tym właśnie wyraża się wierność Pana i doświadczyłam tego wiele, wiele razy. Nie mam jakichś szczególnych obaw co do mojego życia w dziewictwie, chociaż ludziom często wydaje się to nierealne, biorąc pod uwagę, jak dzisiaj żyje świat. Nie mam też obaw co do mojego życia wspólnotowego na przyszłość. W tym wszystkim bracia naprawdę niosą mnie na rękach. Całe moje życie w dziewictwie i we wspólnocie jest dla mnie znakiem niesamowitej wierności Pana, znacznie bardziej niż mojej wierności Jemu.

RH: Bardzo ci dziękuję za rozmowę!

PS.: 15 sierpnia 2012 r., podczas Święta Wierności Pana w Oazie w Nowym Radzicu, Chiara złożyła swoje zobowiązania wieczyste we Wspólnocie Wewnętrznej Koinonii Jan Chrzciciel.