Pół butelki Hugo Bossa

Dominika ChodowiecDziewictwo to ciągła przygoda z Panem. Po tych latach nie czuję jakby coś miało przygasać, ale ciągle jest więcej. Jeśli Pan cię powołuje i wybiera, to uzdolni cię do takiego życia i uczyni cię szczęśliwym.

Z Dominiką Chodowiec rozmawia Iwona Sułek

Iwona Sułek: Skąd się u ciebie wzięła myśl o powołaniu do życia w dziewictwie? Jak to się stało, że w ogóle…

Dominika Chodowiec: …coś zaświtało? Pamiętam, jak w 2003 roku, po Wigilii, kładłam się spać. Niby wszystko było dobrze, święta z rodziną, dobra atmosfera, ale ja chciałam czegoś więcej, czegoś mi brakowało. Czułam się samotna. Modliłam się i prosiłam Pana, by w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy na mojej drodze postawił chłopaka, z którym będę mogła założyć szczęśliwą rodzinę. Miałam już dość pomyłek. Chciałam, żeby to był człowiek nawrócony, z którym wspólnie moglibyśmy ewangelizować. Jak strzała przeleciała mi tylko jeszcze myśl, że może Pan ma dla mnie inną drogę. Powiedziałam: „Jezu, jeśli chcesz, żebym żyła tylko dla Ciebie (co dla mnie dzisiaj jest niewyobrażalne i niemożliwe), to musiałbyś mnie do tego uzdolnić. Ja wiem, że sama z siebie nie jestem w stanie tak żyć”. I tak to zostawiłam.

A Jezus tylko na to czekał.
Trzy miesiące później pojechałam do Dąbrowicy na Triduum Paschalne zorganizowane przez siostry i braci z Radzica. Jest wspólnotową tradycją, że w Wielki Czwartek kobiety podchodzą do ołtarza, aby skropić go swoimi perfumami na znak namaszczenia ciała Jezusa, tak jak uczyniła to Maria Magdalena, wylewając cały flakonik drogocennego olejku na głowę Jezusa. I choć podchodząc do ołtarza nie miałam wcale zamiaru zostawiać moich perfum, bo otrzymałam je od osoby, która była dla mnie ważna, to jednak, gdy przechodziłam obok koszyka, który trzymała jedna z sióstr konsekrowanych, usłyszałam w sercu pytanie Pana: „Czy możesz dać mi wszystko?”. Odpowiedziałam Mu: „Tak, Jezu, mogę dać Ci wszystko”. Wyciągnęłam perfumy z kieszeni i włożyłam do tego koszyka. Przeszło mi przez myśl, że wszystko to znaczy całe moje życie, to znaczy także moje plany, związane z założeniem rodziny. Wszystko to po prostu… wszystko. A najdziwniejsze było to, że nie przeraziło mnie to, ale napełniło wielką radością i poczuciem wolności. Wracałam na swoje miejsce, jakbym leciała – czułam się taka lekka i szczęśliwa. Postanowiłam porozmawiać z moim koordynatorem w Warszawie i opowiedzieć mu o tym, czego doświadczyłam.

IS: I perfumy przepadły… 😉

DCh: Przepadły. Całe pół butelki Hugo Bossa 😉

IS: A po ilu latach bycia w Koinonii zdecydowałaś się wejść do Wspólnoty Wewnętrznej?

DCh: Wstąpiłam po pięciu latach, ale wcześniej przez rok już do was przyjeżdżałam.

IS: Byłaś też koordynatorem Wspólnoty Rodzinnej w Warszawie. Jak długo?

DCh: Przez rok. Gdy z Jackiem Sawickim, który był wtedy moim koordynatorem, dzieliłam się tym moim doświadczeniem z Dąbrowicy, powiedział mi, że miał plany wobec mnie na przyszły rok; chciał, żebym została koordynatorem Wspólnoty Rodzinnej. Nie zrezygnował, choć wiedział, że może to być tylko na rok. Obdarzył mnie zaufaniem i dał mi tę posługę. Bycie koordynatorem to był dla mnie duży dar.

IS: Jak zareagowały na tę decyzję najbliższe ci osoby: twoja rodzina, wspólnota?

DCh: Moja rodzina nie znała wtedy wspólnoty. Był to dla nich duży znak zapytania. Co to za miejsce? Stwierdzili jednak, że jestem na tyle dojrzała i na tyle odpowiedzialna, że mi zaufają. Skoro ja podejmuję taką decyzję, to mi niczego nie zabraniają. Wyrazili swoje obawy, ale nie zatrzymywali mnie. Powiedzieli, że jeśli zmienię zdanie, będą czekać z otwartymi ramionami, że zawsze mogę wrócić do domu. Bardzo mi się podobała ich postawa. A najbardziej się ucieszyłam, gdy pierwszy raz przyjechali do Radzica. Zobaczyli to miejsce i sam widok chyba ich nie zachwycił, bo tata nawet westchnął: „Córko, mało ci było pola u nas na wsi?”. Widzieli jednak, że ja się tu dobrze czuję. Powiedzieli, że dla nich najważniejsze jest to, żebym ja była szczęśliwa, a widząc, że jestem szczęśliwa tutaj, oni również są spokojni.

IS: A Twoja warszawska wspólnota?

DCh: Reakcje były różne. Mała grupka osób wydawała się nie być zaskoczona, ale to były może trzy osoby. Ogólnie to raczej byli zaskoczeni. Niektórzy nie wyobrażali sobie, jak mogłabym żyć w dziewictwie dla Królestwa Niebieskiego z moim charakterem i usposobieniem… Sądzili, że długo nie zagrzeję tutaj miejsca. Ale na pewno nigdy mnie nie blokowali, raczej mnie wspierali. Zresztą w miarę upływu czasu, gdy widzieli, jak się utwierdzam w tym powołaniu, ich radość wzrastała. Nie płakali, kiedy wyjeżdżałam, choć było im na pewno przykro, bo bardzo się zaprzyjaźniliśmy przez te pięć lat.

IS: A co twoja ówczesna wspólnota myślała o Wspólnocie Wewnętrznej? Jak to widzisz dzisiaj z perspektywy czasu? Czy ty sama ją znałaś? Co wiedziałaś o powołaniach do życia w dziewictwie?

DCh: Ja osobiście dopiero poznawałam Wspólnotę Wewnętrzną. Przyjaźniłam się z Anią Sawicką i wiedziałam, że jej siostra jest osobą konsekrowaną, więc trochę słyszałam o takim życiu. Całą wspólnotą z Warszawy zaczęliśmy też przyjeżdżać do Nowego Radzica na Boże Ciało. Było to zawsze dla nas święto i wielka radość, że mogliśmy was odwiedzić i spędzić ten czas razem. Pamiętam, że dzień wcześniej robiliśmy zakupy, bo zawsze chcieliśmy coś wam przywieźć. Ponadto w 2002 roku wyjechałam na Kurs Paweł do Rzymu i tam miałam możliwość poznania kilku braci i sióstr wewnętrznych, którzy prowadzili ten kurs. Po kursie, korzystając z okazji, że już byłam we Włoszech, pojechałam do Camparmò, a potem do Cogollo, gdzie spędziłam kilka dni. Bardzo mi się tam podobało.

IS: Miałaś wtedy jakieś szczególne doświadczenie – tam, w Camparmò? Był jakiś pierwszy zwiastun twego powołania?

DCh: Nie. Byłam zdecydowana na życie w małżeństwie i tego się trzymałam. Nie rozumiałam języka i zwyczajów. Widziałam, że siostry chodziły ciągle w spódnicy, a ja w spodniach, i raz chciałam w końcu założyć sukienkę, a tu akurat wszystkie tego dnia założyły spodnie. Po kilku dniach w Camparmò pojechałam do Cogollo i czułam się tam świetnie. Był to dla mnie bardzo dobry czas, nie wyobrażałam sobie jednak takiego życia na dłuższą metę. Jak można wytrzymać ciągle w jednym miejscu, nie wyjeżdżając, dokąd się chce i kiedy się chce i nie decydując o samej sobie?

IS: A w jaki sposób dojrzała w tobie decyzja o życiu w dziewictwie? Czy może pojawiła się i koniec?

DCh: W sumie to trochę dojrzewała. Gdy pojawiła się pierwsza myśl o tym, że Pan mnie powołuje, patrzyłam na to, jako na wolę Bożą, myśląc, że powinnam za nią iść. Przypominały mi się słowa, które dostawałam wcześniej i zaczęłam rozumieć, że już od pewnego czasu Pan pociągał mnie ku sobie, tylko że ja nie rozumiałam ich wcześniej. Po trzech miesiącach od momentu mojego powołania przyjechałam po raz pierwszy do Radzica, żeby pomieszkać trochę z wami. Rozmawiałam też z tobą i powiedziałaś, że ważne jest też to, czego ja chcę, bo to, czego chce Pan, to jedna sprawa, ale ważne są też moje pragnienia. To był dla mnie szok. Nie sądziłam, że mogę w ogóle się nad tym zastanawiać. Dla mnie najważniejsze było pełnić wolę Pana. Wtedy spojrzałam w moje serce i przekonałam się, że dobrze się tu czuję i że zaczynam pragnąć takiego życia. To było dla mnie bardzo uwalniające: Pan nie chce ode mnie czegoś, czego bym ja nie chciała. On przemieniał moje serce. Z każdym przyjazdem do Radzica decyzja dojrzewała coraz bardziej. Było mi coraz trudniej wyjeżdżać. Kiedy przychodził dzień wyjazdu, było mi już od rana smutno, a w busie do Warszawy pisałam esemesa, że już tęsknię.

IS: Opowiedz trochę o twoich przyjazdach do Radzica.

DCh: Przyjeżdżałam w miarę regularnie. Starałam się, żeby to było co miesiąc, ale to tak nie wychodziło, bo miałam studia, dorywcze prace i spotkania wspólnoty; udawało się przyjeżdżać pewnie bardziej co dwa miesiące.
Kiedy myślałam wtedy o moim powołaniu, to z jednej strony nie mogłam sobie wyobrazić, jak to będzie żyć tak na stałe, dlatego była we mnie lekka nutka niepewności. Z drugiej strony przychodziły chwile wielkiej tęsknoty, bo bardzo chciałam być już z wami.

IS: Co ci dawało największą radość na myśl o tym, że będziesz tutaj i że będziesz żyć dla Pana?

DCh: Najbardziej się cieszyłam z przyjaźni, z tego, że będę z wami.

IS: Bo już się z kimś z nas wtedy zaprzyjaźniłaś?

DCh: Tak. Od początku zawiązywały się takie dobre relacje, np. z Agnieszką Cap. Jak przyjeżdżałam, to byłyśmy zazwyczaj razem w pokoju, razem pracowałyśmy i dużo rozmawiałyśmy. Była dla mnie dużym autorytetem, bo już od trzech lat była we wspólnocie. 🙂

IS: Jaka była twoja największa trudność albo obawa, gdy myślałaś o powołaniu?

DCh: Że nie dam rady, że się nie sprawdzę, że nie wytrwam… Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie mam opierać się na sobie, ale na Panu.

IS: A czym jest dla ciebie dziewictwo po tych ośmiu latach? Spróbuj to określić w trzech słowach.

DCh: Miłość – to na pewno. Przyjaźń i rozwój. Dziewictwo to ciągła przygoda z Panem. Po tych latach nie czuję jakby coś miało przygasać, ale ciągle jest więcej. To powołanie ciągle się rozwija, rozwija się relacja z Panem.

IS: Ostatnie pytanie: co byś dzisiaj powiedziała komuś, kto rozważa takie powołanie, biorąc pod uwagę twoje doświadczenie życia we wspólnocie? Co chciałabyś powiedzieć komuś, kto będzie czytał twoje świadectwo i może stoi przed podjęciem podobnej decyzji?

DCh: „Rzuć się!”. Jeśli Pan cię powołuje i wybiera, to uzdolni cię do takiego życia i uczyni cię szczęśliwym. Ja ani przez chwilę nie żałowałam mojej decyzji. Ciągle na nowo zachwyca mnie ten dar – dar bezwarunkowej miłości Pana. Jeśli cię powołuje, to dlatego, że kocha cię i chce jeszcze mocniej objawić swoją miłość w tobie, żebyś była/był Jego wyłączną własnością. Tylko On może wypełnić to pragnienie miłości, jakie nosisz w sobie.

IS: Dziękuję ci za twoje radosne świadectwo, które skądinąd przypomina mi nasze pierwsze spotkanie podczas jubileuszu Koinonii w Warszawie. Dzieliłaś się wtedy publicznie tym, co Jezus uczynił w Twoim życiu i już wtedy uderzyła mnie Twoja szczera radość i entuzjazm! Dominiko, życzę ci, abyś wciąż zarażała nimi innych i abyś zbierała coraz dojrzalsze owoce twojej wierności Panu i zawsze odnajdywała w sobie na nowo tę odwagę, by „rzucać się” z ufnością w ramiona bezwarunkowej Miłości!