Poślubiłam wspólnotę

Agnieszka Cap

Wstąpiła do Wspólnoty Wewnętrznej 2 kwietnia 2003 roku. Nie spodziewającym się niczego braciom i siostrom pokazała się z zielonymi włosami, bo przecież „wczoraj był prima aprilis”. Śluby wieczyste złożyła 15 sierpnia tego roku, podczas święta Oazy w Nowym Radzicu. Agnieszka Cap z Kalisza (dziś w Oazie Biella we Włoszech) dzieli się z nami świadectwem swojego powołania.
Wysłuchał Robert Hetzyg

A było to tak… Pewnego dnia… Było to mniej więcej jedenaście lat temu, dwa lata po tym, jak doświadczyłam Pana. Moje życie przestało być wtedy sinusoidą upadków i powstań, bo tak to do tego momentu szło. Góra-dół, góra-dół… (śmiech) Ta sinusoida to obraz mojego życia religijnego od spowiedzi do spowiedzi. Po spowiedzi – góra sinusoidy, a potem w dół… Spowiedź była takim oczyszczeniem, a potem życie szło swoją drogą. Wracałam do tych samych rzeczy. A spadałam tym głębiej, im bardziej czułam, że nie ma dla mnie żadnej możliwości dojścia do Pana. Narastało we mnie rozdwojenie: miałam pragnienie bycia z Panem, ale grzech coraz bardziej mnie od Niego oddzielał. Trwało to jakieś dwa, trzy lata. Były z tym różne „przeboje”. Pojawiły się nawet jakieś myśli samobójcze, a wszystko z niepewności, czy będę zbawiona i z braku poczucia sensu życia. Podczas Kursu Głoszących, w którym brałam udział, poczułam, że Pan ściągnął ze mnie ciężar poczucia winy. Zaczęło się coś, czego nigdy wcześniej nie przeżyłam. Nie wyobrażałam sobie, że można żyć ciągle w obecności Pana.

 

W ramach wspomnianego kursu jest takie wzorcowe nauczanie, z którego wszyscy się uczą, jak należy głosić. Po nauczaniu była modlitwa nad uczestnikami. Usłyszeliśmy, że Jezus może nas uzdrowić. Zastanawiałam się, z czego mógłby uzdrowić mnie i doszłam do wniosku, że nie mam jakiś szczególnych chorób, nie licząc niewielkiej wady wzroku. Tymczasem podczas modlitwy doświadczyłam obecności Jezusa ukrzyżowanego, a potem ten sam Jezus stał przede mną jako Zmartwychwstały i ściągnął ze mnie cały ciężar. Dotknął mnie od środka. Uwolnił moje życie od strachu. To było coś niesamowitego. Poczułam się wolna. Pamiętam, że płakałam i płakałam. Dopiero potem bracia mi powiedzieli, że prowadzący modlitwę o. Emanuele nie modlił się już o moje uzdrowienie, ale o uwolnienie. Myślę, że był to również moment, kiedy Pan zabrał całą tę atmosferę śmierci, która krążyła wokół mnie. Nadał nowy impet i kierunek mojemu życiu.

 

Po powrocie z kursu podzieliłam się tym wszystkim z moją koordynatorką, która mnie dobrze znała i widziała moje góry i doliny. Nie wierzyła własnym oczom… bo moja przemiana trwała. Skończyła się sinusoida. Wtedy również zaczęłam odczuwać pragnienie dzielenia się Jezusem i tym, co On dla mnie zrobił. Życie toczyło się swoim torem. Tylko od czasu do czasu powracały słowa, które usłyszałam, mając jakieś szesnaście lat: „Podobają mi się dziewice na ciele i w sercu”. Było to słowo prorocze wypowiedziane przez kogoś ze wspólnoty. Dawno już zdążyłam o nim zapomnieć, bo w tamtej chwili zupełnie mnie ono nie dotknęło.

A potem, kiedy miałam lat około dwudziestu i używałam życia na studiach w Poznaniu, wróciło pytanie: „Czego Ty chcesz ode mnie, Panie?”. Jakoś w tym czasie dostałam kartkę, na której było napisane: „To, co jest niemożliwe u ludzi, możliwe jest u Boga”. Zastanowiłam się, co takiego, co jest dla mnie niemożliwe, byłoby możliwe dla Boga. Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Po kilku miesiącach znowu trafiłam na tę kartkę i zobaczyłam, że odnośnik do tego cytatu wskazywał na dłuższy fragment niż to, co było na niej napisane. I w tym dłuższym fragmencie Piotr pytał Jezusa: „A my co z tego będziemy mieli, że zostawiliśmy wszystko?”. Bardzo mnie uderzyło to słowo, bo ja właśnie pytałam Pana, czego On ode mnie chce. Poczułam się zaniepokojona, bo wydawało mi się, że takie życie, o jakim mówił Piotr, dla mnie jest niemożliwe. No, ale to, co jest niemożliwe u ludzi, możliwe jest u Boga. I dlatego tym bardziej nie miałam spokoju. W końcu jednak przestałam o tym myśleć.

Z Poznania do Kalisza wróciłam rozbita. Był to rok, po którym musiałam jakoś pozbierać się w mojej relacji z Panem. Pomógł mi bardzo Koordynator mojej Wspólnoty Rodzinnej. Przez dwa czy trzy miesiące modliłam się z nim codziennie. Ten czas w Poznaniu pozwolił mi zrozumieć, jaka jestem słaba bez wspólnoty i jak nisko się upada, kiedy się jest samemu. Znowu zaczęłam doświadczać bliskości Pana. Zaczynał się Wielki Post. Potrzebowałam, żeby Pan coś mi w końcu powiedział.

W czwartek po Środzie Popielcowej (pamiętam, bo jeszcze byłam na czczo), podczas modlitwy osobistej przeczytałam fragment z Księgi Daniela, w którym Bóg objawiał Danielowi przyszłość Izraela. Nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej ani nigdy potem, żebym poczuła się przynaglona do poszczenia. Piątek zawsze mi wystarczał (śmiech). Ale tym razem czułam, że powinnam pościć. A że czytałam fragment z Księgi Daniela, pomyślałam, żeby podjąć post Daniela. Taki post trwa dwadzieścia jeden dni. W tym czasie Pan otwierał moje uszy i moje serce na to, co miał mi do powiedzenia. Po trzech tygodniach, podczas spotkania, kiedy modlono się za uczestników, podeszłam do tej modlitwy jako ostatnia (grałam na gitarze). Nasza Koordynatorka otworzyła Pismo Święte, ale nie bardzo rozumiała fragment, który przeczytała. A było to słowo o Piotrze, pytającym Jezusa: „A my, którzy pozostawiliśmy wszystko, co z tego będziemy mieli?”. Dopiero, kiedy podeszłam do modlitwy, zrozumiała, że było to słowo dla mnie. Po spotkaniu opowiedziała mi o nim: „Przeczytam ci słowo, które, wydaje mi się, jest dla ciebie. Zrób z nim, co uważasz”. Poczułam niesamowitą wolność. Zaraz przypomniał mi się ciąg dalszy tego słowa: „Co niemożliwe u ludzi, możliwe u Boga”. Obudziła się we mnie miłość. Bóg mówił do mnie: „Kocham cię i nikt inny nie może dać ci więcej niż Ja. Nikt inny nie ochroni cię przed twoją nadwrażliwością”. Bo ja jestem nadwrażliwa: wszystkim się przejmuję bardziej niż inni. Nie wyobrażałam sobie życia z dnia na dzień, nie wiedząc, co przyniesie przyszłość. W tamtej chwili poczułam, że moje życie jest w Jego rękach i że nikt nie może zatroszczyć się o mnie bardziej niż On. „Zaufaj Mi i pójdź za Mną!” – to właśnie czułam. W moim sercu rozlało się jakby morze niesamowitej radości. Głowę miałam pełną myśli. Ogarnęła mnie euforia. Nie powiedziałam wtedy ani słowa naszej Koordynatorce. Tamtego wieczoru, modląc się w domu, powiedziałam Jezusowi: „Tak! Ufam Ci! Wierzę Ci! Ufam, że Twój plan jest lepszy od tego, co ja sobie wymyśliłam!”. Bo ja miałam plany: moje studia inżynierskie, rodzinę… Myśląc o życiu dla Pana, zastanawiałam się tylko, dokąd mam pójść. Różne rzeczy przychodziły mi do głowy, nawet Karmel. A wszystko dlatego, że nie znałam Wspólnoty Wewnętrznej. Wiedziałam tylko, że Miriam (siostra pochodząca z kaliskiej Wspólnoty – przyp. red.) do niej należy, ale nie miałam zielonego pojęcia, co ona robi. Czasem spotykałam jakichś konsekrowanych na kursach. Pamiętam, że krążyła kiedyś taka kaseta wideo pt. „Jeden dzień z życia camparmonity”. Widzieli ją w Kaliszu wszyscy oprócz mnie. Nic nie wiedziałam o życiu braci i sióstr konsekrowanych. To dlatego w pierwszej chwili rozumiałam tylko, że chcę iść za Panem i że chcę oddać Mu wszystko. I wtedy pomyślałam: zaraz, przecież ja z powołania jestem Janem Chrzcicielem, więc nie będę szukać gdzie indziej. W końcu jest to jakieś „życie wewnętrzne”, więc może to o to chodzi… Przekonana nie byłam, ale tak sobie myślałam. Następnego dnia poszłam więc do naszej Koordynatorki i opowiedziałam jej o wszystkim. Mówię: „Teraz zaradź mi coś na to” (śmiech). „Ty to masz szczęście” – usłyszałam. Okazało się, że nazajutrz miała nas w Kaliszu odwiedzić Iwona Sułek z braćmi ze Wspólnoty Wewnętrznej. Wyglądało na to, że nie ma „drogi ucieczki”, nawet gdybym się rozmyśliła. Miałam dwadzieścia jeden lat, byłam piękna i młoda… i byłam gotowa zostawić wszystko, taka byłam rozpalona płomieniem miłości do Pana (śmiech).

Na rozmowę z Pasterzem (Iwoną Sułek) ubrałam się bardzo ładnie, umalowałam się, bo myślałam, że tak trzeba. Iwona mnie wysłuchała, po czym zaprosiła na weekend. Ani słowa o zostawieniu szkoły. Był to trochę kubeł zimnej wody. W moim odczuciu – chłodne przyjęcie. Za to „gorące przyjęcie” zgotowała mi mamusia, kiedy wybierałam się do wspólnoty po raz pierwszy. Sama byłam temu winna, bo chyba nie potrafiłam odpowiednio przygotować moich rodziców.

 

Na pierwszą wizytę w Radzicu chciałam zabrać jakieś dobre wino, alem się wstydziła, bo pomyślą, że ja taka… (śmiech). Wydawało mi się normalne, że w gości się jeździ z winem. Pamiętam, że jak się tym podzieliłam z kimś w Radzicu, to się ze mnie śmiali i zachęcali raczej, że następnym razem można przywieźć. No, to następnym razem się stawiłam z winem. Jadąc do wspólnoty, byłam gotowa na wszystko: na spanie na podłodze albo na jakimś sianie. Wyobrażałam sobie takie rzeczy, bo nie miałam zielonego pojęcia, jak to może wyglądać. Pierwsze wrażenie po przyjeździe było takie, że wszyscy przyjęli mnie, jakbyśmy się znali nie wiem od jak dawna. Zupełnie, jakbym przyjechała w odwiedziny do rodziny. Taka „miłość od pierwszego wejrzenia”. Miałam ochotę przywozić prezenty (zresztą robiłam to). Wspólnota po prostu weszła do mojego serca i już tam została. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Nie wyobrażałam sobie, że w planie Pana miałam poślubić nie tylko Jego samego, ale i całą wspólnotę. Dzisiaj doświadczam tego jeszcze bardziej.

Są takie chwile, kiedy nie odczuwam jakoś szczególnie obecności Pana, ale wtedy tym bardziej Jego miłość przychodzi przez braci i siostry. A ten rok jest pod tym względem szczególny. Czuję, że dokonałam skoku jakościowego. Dotąd, chociaż oczywiście żyłam dla wspólnoty, było w tym jednak sporo szukania siebie i własnych wygód oraz samorealizacji. Ostatni rok nauczył mnie oddawania życia za braci i odnajdowania w tym radości. Widzę, że im więcej ja troszczę się o nich, tym bardziej Pan troszczy się o mnie, o każdą, najdrobniejszą rzecz.

Na pytanie: „Co sobie najbardziej cenisz w Twoim dotychczasowym życiu wspólnotowym?” musiałabym odpowiedzieć, że wierność Iwony (Sułek, Pasterza Oazy Koinonii w Nowym Radzicu k.Lublina – przyp. red.). Pomimo że rzadko się słyszymy (czasami miałam jej to zresztą za złe, a może za złe miałam Panu, że ją taką stworzył (śmiech)), to jednak przez te wszystkie lata doświadczyłam jej stałej przyjaźni. Bo żeby być we wspólnocie, potrzebuję takiej relacji z korzeniami… I to jest właśnie przyjaźń z Iwoną… I dlatego poprosiłam ją, żeby towarzyszyła mi przy moich zobowiązaniach na całe życie.