Uwiedziony – z o. Grzegorzem Cybulskim rozmawia Robert Hetzyg

o. Grzegorz Cybulski
o. Grzegorz Cybulski

Kiedyś ktoś zapytał mnie, który punkt kerygmatu odczuwam jako najbardziej mój. Odpowiedziałem: „Szósty – wspólnota”. Właśnie w ten sposób Pan mnie „uwiódł”. Uwiódł mnie On sam, ale zrobił to poprzez wspólnotę. Nie potrafię oddzielić Jezusa od wspólnoty – od braci i sióstr.

O. Grzegorz Cybulski, misjonarz w Republice Południowej Afryki: we Wspólnocie Wewnętrznej Koinonii Jan Chrzciciel od 1999 roku, wyświęcony na kapłana 7 stycznia 2012.

Robert Hetzyg: Gdy rozmawia się z różnymi misjonarzami, to czasami opowiadają, że od dzieciństwa marzyli o wyjeździe na misje. Czy ty kiedykolwiek myślałeś, żeby zostać misjonarzem?

Grzegorz Cybulski: Nawet nie myślałem o Kościele.

RH: Czyli to, że dziś nazywamy cię misjonarzem z Afryki i że tam właśnie przyjąłeś święcenia kapłańskie, należy traktować w kategoriach niespodzianki?

GC: To więcej niż niespodzianka. To wszystko jest niesamowite! Ja to nazywam cudem. Żeby zacząć od początku: po przyjęciu sakramentu bierzmowania świadomie przestałem chodzić do Kościoła. Wyszedłem z założenia, że skoro rodzice nie chodzą, brat nie chodzi, siostra nie chodzi, to dlaczego ja muszę chodzić?

Nie widziałem sensu. Miałem wszystkie sakramenty, potrzebne do zawarcia małżeństwa i przyszłego szczęśliwego życia. Tak więc od czternastego do osiemnastego roku życia całkowicie zerwałem z Kościołem. Zresztą u nas w domu niezbyt dobrze mówiło się o Kościele i o księżach. To życie bez Kościoła było nawet wygodne. A miałem Kościół pod blokiem i codziennie słychać było, jak odprawia się w nim Mszę Świętą, mimo wszystko dla mnie to było za daleko.

Opowiem ci coś, o czym wie niewiele osób. Kiedy miałem siedemnaście lat, przyśnił mi się ktoś, kto powiedział: „Pójdź za mną! Zawsze będziesz ze mną; ja będę ciebie uczyć, a ty będziesz moim przyjacielem”. Dla mnie to był niesamowity sen. Nie widziałem twarzy tego człowieka i nie wiedziałem, kto to jest. Wiedziałem, że to jest „dobra obecność”, której ja potrzebuję. Wszędzie chodziłem za tym człowiekiem: do miasta, do lasu… Nawet coś do mnie mówił, ale właściwie wystarczyło, że z nim byłem. W pewnym momencie w tym śnie pojawił się ktoś, kogo znałem, i powiedział: „Ten twój przyjaciel nie żyje”. Ja na to: „Szkoda, bo to był ktoś, od kogo się uczyłem. Właściwie czemu on umarł?”. „To ty miałeś umrzeć, ale on umarł za ciebie”. I w tym momencie się przebudziłem. Nawet nie potrafiłem ocenić, czy to był koszmar, czy piękny sen. W każdym razie było to coś, co mnie poruszyło na najbliższy czas. I zacząłem szukać takiej osoby, która mogłaby być moim przyjacielem i byłaby gotowa oddać za mnie życie, ale ciężko było znaleźć kogoś takiego.

Mniej więcej po roku zetknąłem się z ruchem Hare Kriszna. Myślałem, że może to wśród nich znajdę tego przyjaciela. Przyjęli mnie z radością, wszystko tam było egzotyczne… Ale nic się w moim życiu nie zmieniało – przeciwnie: wszystko zaczęło się psuć jeszcze bardziej.

W listopadzie dziewięćdziesiątego szóstego roku powiedziałem: „Panie, nie wiem, kim jesteś: Kriszną, Jezusem czy Buddą, a może reinkarnacją jakiegoś żółwia, ale pomóż mi!”. Po kilku dniach spotkałem kogoś, kto powiedział mi otwarcie: „Bóg ciebie kocha jak ojciec”. Nie przyjąłem tego, bo nie mieściło się w moim umyśle, że ktoś może mnie kochać. Ale te słowa we mnie zostały i pracowały. Po dwóch tygodniach spotkałem tę samą osobę i wtedy zapytała, czy chcę przyjąć Jezusa jako Pana i Zbawiciela. A ja powiedziałem: „Próbowałem wszystkiego, mogę spróbować i Jezusa”. Było to 27 listopada dziewięćdziesiątego szóstego roku, o dziewiątej piętnaście wieczorem. To był dzień, kiedy narodziłem się na nowo. Przypomniał mi się wtedy tamten sen o przyjacielu, który umarł za mnie. To było tak, jakby ktoś odkrył przed moimi oczami, że to był Jezus. Ja nigdy tamtego snu nikomu nie opowiadałem, bo wydawało mi się to tak dziwne albo tak moje, że nikt o tym nie powinien wiedzieć.

Przez rok od nawrócenia żyłem w wielkiej radości. Spotkałem dziewczynę, która uczyła mnie modlitwy. To była bardzo dobra osoba, z którą zaczęliśmy myśleć o przyszłości: skończymy studia, zamieszkamy na wsi, będziemy tam nauczycielami – taka prawie święta rodzina. Po roku zacząłem odczuwać, że to jeszcze nie to, że Pan jeszcze chce czegoś ode mnie. Byłem szczęśliwy: miałem przyjaciół, miałem wspólnotę, miałem wszystko. Ale w moim sercu była taka tęsknota, której nikt nie mógł zaspokoić. Podobną tęsknotę pamiętałem z ze snu, kiedy mi powiedziano, że mój przyjaciel oddał życie za mnie.

Pewnego dnia pomodliłem się i otworzyłem Pismo Święte na słowach św. Pawła, który pisał: „Chciałbym, abyście wszyscy byli jak ja”. Pomyślałem: „Jak ja, czyli ewangelizator”. W przypisach jednak było napisane, że chodzi o osoby konsekrowane, takie, które oddały życie Bogu. Powoli zacząłem myśleć o tym. To przez cały czas we mnie rosło. Nikt o tym nie wiedział. Nie znałem jeszcze wtedy Koinonii Jan Chrzciciel. Powiedziałem Panu: „To musi być wspólnota, gdzie się modlą Słowem Bożym, gdzie się uwielbia Pana i gdzie są charyzmaty”. Takie warunki postawiłem Panu Bogu. Po paru miesiącach, przy okazji jakiegoś kursu, poznałem Wspólnotę Jan Chrzciciel i wiedziałem, że to jest to, że zostałem „złapany” przez Pana.

W 1999 roku przeczytałem w Biblii fragment o bogatym młodzieńcu, a w nim słowa: „Sprzedaj wszystko i chodź za mną”. Powiedziałem Panu: „Ja nic nie mam, ja jestem biedny student”. Moim bogactwem były jednak moje studia, rodzina i przyszłość. Pan mnie do niczego nie zmuszał. Raczej nazwałbym to uwodzeniem. Uwodził mnie codziennie na modlitwie, mówił mi o tym, a ja czułem w sercu, że to jest coś między mną a Nim. W tym samym roku zwróciłem się do Giorgio (wtedy delegata siedziby Koinonii dla Polski) z prośbą o możliwość wyjazdu do którejś z Oaz. Miałem jechać do Rzymu na dwa tygodnie. Miałem już nawet bilet. Okazało się jednak, że w Świdniku ma zostać otwarty dom Koinonii. I wtedy ty zadzwoniłeś i powiedziałeś, że otwiera się dom w Polsce i że mogę wstąpić od razu do niego. Udało mi się zrezygnować z biletu do Rzymu bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów.
Zostawiłem studia; zostawiłem również moją przyjaciółkę…

RH: No właśnie, jak ona to przyjęła?

GC: Powiedziała mi, że wiedziała, że czuła, że ja nie jestem jej. To była dobra przyjaźń – w pełnej wolności i naprawdę duchowa. Od tego czasu nie spotkaliśmy się aż do teraz, kiedy zobaczyła mnie jako księdza na mszy komunijnej mojej siostrzenicy. Podeszła do mnie i powiedziała mi, że od naszego rozstania codziennie modliła się za mnie, a od kiedy wyszła za mąż, modlą się razem z mężem.

Kiedy wszedłem do wspólnoty, nie myślałem ani o misjach, ani o kapłaństwie, bo Pan mnie powołał do bycia bratem we wspólnocie – to było jasne dla mnie.
W dniu moich pierwszych ślubów we wspólnocie zrozumiałem, że wypełnił się mój sen sprzed lat: Pan powołał mnie rok przed nawróceniem. Ja oczywiście o tym nie wiedziałem.

A z Afryką – jest to po prostu dar Pana. To nie moja zasługa, to Jego zasługa. Wszystko zrobił On. Ja tylko przyjąłem to, co On mi dał.

RH: A z kapłaństwem jak było? Ty prosiłeś o nie wspólnotę czy wspólnota cię poprosiła, żebyś został kapłanem?

GC: Ja miałem w sercu jasność co do tego, że jestem powołany do dziewictwa. W przeszłości ksiądz był dla mnie kimś dalekim, kto mnie nie pociągał ani jako osoba, ani w związku z pełnioną posługą. Ministranci to byli moi nieprzyjaciele…

RH: Dlaczego?

GC: Dla mnie takie osoby były mdłe. Kościół, pielgrzymki, wszystkie rzeczy z tym związane – to było dla mnie coś nienaturalnego. To chyba była taka alergia. Mam różne alergie – mam i na to.
Pamiętam, że jedna z koleżanek z liceum wciąż zapraszała mnie na pielgrzymki, jakieś modlitwy… Ona była z ruchu „Światło-Życie”. A ja powiedziałem: „Nie! Ja ciebie zapraszam na koncerty rockowe”. I to ja wygrałem: koleżanka zaczęła chodzić na koncerty (śmiech). No, więc Kościół traktowałem, jak to mówią, „od żłóbka do gróbka”, czyli od Bożego Narodzenia do Wielkanocy.

RH: Ale co z tym kapłaństwem, bo, jeśli pamiętasz, pytałem, czy to wspólnota cię poprosiła, żebyś został księdzem, czy to ty miałeś takie pragnienie.

GC: Wspólnota mnie poprosiła. Wydaje mi się, że wspólnota widzi, kiedy ktoś jest gotowy. Jeżeli ktoś nie jest gotowy, nikt mu tego nie zaproponuje. Pan sam przygotowuje serce takiej osoby do przyjęcia tej posługi i tego powołania. Jest też mądrością wspólnoty, że nie wyświęca się brata od razu, po kilku latach od wstąpienia, ale że wcześniej przechodzi on różne etapy formacji: wspólnotowej (do dziewictwa i do bycia bratem i przyjacielem), ewangelizacyjnej, teologicznej (poprzez studia). Ktoś taki otrzymuje wszystko, co mu jest potrzebne, aby zostać księdzem. Kiedy Alvaro zaproponował mi przyjęcie święceń kapłańskich, nie miałem żadnych oporów ani wątpliwości. Skoro wspólnota daje mi taką możliwość, ja ją przyjmuję. I Pan również przygotował moje serce, bo przez kilka poprzednich miesięcy zapowiadał mi „coś nowego”. Wtedy myślałem, że ta „nowość” to tylko kapłaństwo, ale okazało się, że to również wyjazd na misje.

Jest jeszcze jedna śmieszna rzecz. Kiedy byłem na święceniach kilku naszych braci w Pilznie, a święcił ich biskup z Indii, ja się tam modliłem, żeby Pan – jeśli jest Jego wolą, żebym był kapłanem – sprawił, aby wyświęcił mnie biskup Polak. A myślałem sobie: „W Polsce i tak nie ma biskupów, którzy są gotowi wyświęcić nam księdza, więc jestem spokojny”. Tymczasem Pan wysłuchał moich modłów dokładnie i znalazł polskiego biskupa w Afryce, bo zapomniałem w modlitwie określić, gdzie chciałbym przyjąć święcenia.

RH: Grzesiek, wszystko ma swoje jasne i ciemne strony. Czy twoje życie w dziewictwie dla Królestwa Niebieskiego przyniosło ci takie rzeczy, których wolałbyś uniknąć?

GC: Jest jedna rzecz, która mnie boli i która – mam nadzieję – będzie mnie bolała, bo to chyba pozytywny ból… i należy jakoś do naszej misji. Na początku mojego życia wspólnotowego, jeszcze w Świdniku, Iwona powiedziała rzecz, która, można powiedzieć, uwiodła mnie: „Życie dla Pana to życie w samotności razem z Nim. Część twojego serca zawsze będzie cierpieć, bo będzie chciała być z Nim”. I ja tym żyję. Są momenty, kiedy to się odczuwa mocniej lub słabiej. Silnie się to odczuwa wtedy, kiedy opuszcza się jakieś miejsce, zostawiając przyjaciół, z którymi budowałeś więzi przyjaźni przez lata. I to jest jedyna rzecz, która mnie boli. Żadne „ciężary” życia wspólnotowego nie sprawiają mi bólu, ale fakt, że niektórych osób nie będę widział przez ileś miesięcy – to mnie boli. Może to jest trochę egoistyczne, ale z drugiej strony wydaje mi się to dobre, bo przecież jesteśmy powołani do bycia przyjaciółmi, zarówno wtedy, kiedy jesteśmy blisko, jak i wtedy, kiedy jesteśmy daleko. To jest to cierpienie – być daleko od różnych osób. Ale z drugiej strony wiem, że jeżeli we Włoszech albo w Polsce żyłem z kimś w przyjaźni, to ta przyjaźń przetrwa, a ja w Afryce będę zdobywać nowych przyjaciół dla Jezusa. Już teraz wiem, że kiedy będzie potrzeba, żebym przeniósł się z Afryki gdzie indziej, również będę cierpiał.

RH: To teraz powiedz, co w twoim życiu wydaje ci się najpiękniejsze? Co jest dzisiaj źródłem twojego szczęścia? Co ci daje siłę do borykania się z różnymi trudnościami?

GC: To jest paradoks: bo to właśnie ta sama przyjaźń. Ona jest źródłem szczęścia, choć czasem boli. Ale mam nadzieję, że zawsze będę cierpiał na tę „chorobę”. Ja się spotykam z Panem dzięki byciu z przyjaciółmi. Doświadczam Jego miłości wśród braci i sióstr. Jako kapłan mogę dać jeszcze więcej tym, z którymi jestem.

RH: Na koniec coś, co chciałbyś powiedzieć, a ja cię o to nie zapytałem?

GC: Doświadczam czegoś takiego, że z biegiem lat, od kiedy jestem we wspólnocie, bagaż różnych rzeczy, które ciągnąłem za sobą z przeszłości, staje się coraz lżejszy. Druga rzecz to to, że gdziekolwiek znajdę się w domu wspólnoty, czuję się u siebie w domu. Jestem w Radzicu – jestem w domu. Jestem w Rzymie – czuję się w domu. W Afryce – to samo. Kiedyś ktoś zapytał mnie, który punkt kerygmatu odczuwam jako najbardziej mój. Odpowiedziałem: „Szósty – wspólnota”. Właśnie w ten sposób Pan mnie „uwiódł”. Uwiódł mnie On sam, ale zrobił to poprzez wspólnotę. Nie potrafię oddzielić Jezusa od wspólnoty – od braci i sióstr.

RH: Dziękuję ci za rozmowę.