Żyć na 100%

Ania Malina

 

Życie we wspólnocie to stopniowe odkrywanie, że chcę być z braćmi, że chcę być do końca moich dni z tymi, których Pan mi daje, bo ja poza tym nie mam niczego. Nawet Jezus jest konkretnie obecny w nich. Sens bycia we wspólnocie polega na wierności przyjaciołom, jakich Pan ci dał. Przekłada się na to wszystko, co robisz.

Ania Malina pochodzi z Wrocławia. We wspólnocie celibatariuszy Koinonii Jan Chrzciciel jest od jesieni 1999 roku. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, a teraz jest doktorantką na Wydziale Teologii KUL.

Robert Hetzyg: Zacznijmy od tego, co sama chciałabyś powiedzieć o swoim powołaniu.

Ania Malina: Przede wszystkim nigdy bym się nie spodziewała, że Pan coś takiego mi zgotuje. Patrząc na to dzisiaj, myślę, że On odpowiedział na to, czego ja zawsze pragnęłam. Cała moja droga z Nim to było poszukiwanie życia na sto procent.

RH: I jak wyglądało to poszukiwanie?

AM: Ja zawsze miałam przeświadczenie, że Bóg istnieje i że istnieje też jakoś w moim życiu. To było tak pewne jak ziemia pod nogami. Ciekawe, że kiedy miałam osiem, dziewięć lat, pojawiło się we mnie takie przeczucie, że w pewnym momencie Bóg będzie chciał mieć mnie tylko dla siebie. To był czas Pierwszej Komunii i mówiłam, że zostanę zakonnicą. Bardzo to bulwersowało mojego przyjaciela, Maćka, który nie chciał przyjąć tego do wiadomości.

RH: A Maciek był Twoim rówieśnikiem?

AM: Tak, tak. Poznaliśmy się w przedszkolu i do końca szkoły podstawowej zawsze byliśmy razem. Maciek mówił: „Ania, no co ty, my się pobierzemy, będziemy mieli dzieci, będziemy je prowadzać do kościoła i co tylko chcesz, ale do zakonu? Po co?”. Z biegiem lat myśl o zakonie przestała być dla mnie miła. Zaczęłam się buntować przeciwko Bogu, że może chcieć ode mnie czegoś podobnego. Poza tym zaczęłam dostrzegać brak autentyczności w życiu naszej rodziny. Dużo się mówiło o Bogu i chodziło się do kościoła, ale brakowało w tym takiej pełni, której ja zawsze chciałam. Wiedziałam, że jeśli czymś żyję i w coś wierzę, to powinno to przemienić całe moje życie. I nie doświadczałam tego. Oburzałam się, że skoro jest Bóg i „skoro mnie kocha, to gdzie On teraz jest?”. Mówiłam ci, że zawsze szukałam życia na sto procent. No więc szukałam go w różnych miejscach. Między innymi w Hare Kriszna i w książkach poświęconych różnym religiom. Szukałam czegoś, co zaspokoiłoby głód, jaki odczuwałam i co doprowadziłoby mnie do życia pełnią, którego nigdzie nie mogłam znaleźć. Najpierw utożsamiałam to życie z Bogiem, ale ponieważ On przez lata wydawał się milczący, straciłam nadzieję, że coś się zmieni. I tak było do czasu, kiedy rozpoczęłam studia. Drugi rok okazał się rokiem krytycznym: robiłam dużo rzeczy, ale w niczym nie znajdowałam radości, bo wiedziałam, że robię to wszystko tak, żeby robić, ale nie wiem, po co żyję. Chciałam żyć dla kogoś albo dla jakiejś idei. Oddać się komuś lub czemuś. Żyć na sto procent – dla mnie znaczyło „żyć dla”.

RH: A „dla kogoś” nie mogło oznaczać małżeństwa? Nie pociągała cię taka myśl?

AM: To też wchodziło w grę. Dzisiaj myślę, że musiałam mieć poczucie, że jedna osoba nie zaspokoiłaby w pełni mojego pragnienia miłości. W pamiętniku napisałam, że jedyne, czego pragnę, to kochać i być kochaną. Tymczasem przedzierałam się przez życie i nie było odpowiedzi… Czytałam mnóstwo książek, myśląc, że może tam coś znajdę. Małżeństwa nie wykluczałam; miałam nadzieję, że może ono by mnie zaspokoiło. Ale gdzieś w głębi wyczuwałam, że to nie to… że dla mnie musiałoby być to coś mocniejszego. Wśród tych poszukiwań zdawałam nawet na medycynę, chcąc coś zmienić w moim życiu. Wszystko po to, żeby chwycić w ręce coś konkretnego, co nie przelatywałoby między palcami. I wtedy dwoje moich znajomych zaprosiło mnie, żebym razem z nimi pojechała na wakacje. Tam zaczęli mi mówić o Jezusie jako o kimś, kto jest Przyjacielem, kto jest żywy, obecny i prawdziwy i kto kocha. Od samego początku czułam, że oni mają to, czego ja szukałam. Mimo to musiałam się z nimi spierać – przecież to nie mogło być takie łatwe. Do tego oni byli protestantami i wiele z tego, co mówili, burzyło moje tradycyjne wyobrażenia o Bogu. Musiało upłynąć kilka miesięcy, zanim zrozumiałam, że to, czego potrzebuję, to jest coś tak prostego: oddanie mojego życia Jezusowi. Podczas jednego ze spotkań – w kościele tych moich przyjaciół – silnie odczułam obecność żywego Jezusa, który mnie do tego zapraszał. Pojęłam, że do tej pory to ja prowadziłam moje życie. Ono było pełne ideałów, wzniosłych pragnień, poszukiwań itd. Teraz nadszedł czas, aby, o ile chcę głęboko zaprzyjaźnić się z Jezusem, to była przyjaźń na Jego warunkach. Chodzi przede wszystkim o to, żebym ja powierzyła Mu wszystko i żeby to On prowadził. Miałam poczucie przejścia na drugi brzeg. W najprostszych słowach oddałam Jezusowi moje życie: „Chcę Ciebie kochać całym moim sercem”. I to właściwie wszystko. Od tego czasu wiem, że już jestem na tym drugim brzegu. I nigdy tego nie żałowałam. Powrót na tamten brzeg nie wchodził w grę. Obecność i miłość Jezusa były tym, czego pragnęłam. W tym czasie nie potrafiłam się zajmować niczym innym. Byłam na trzecim roku studiów i nie wiem, jak ja je skończyłam, bo jak wcześniej pochłaniałam stosy książek, tak teraz czytałam właściwie tylko Biblię. Całe moje życie było przyjaźnią z Jezusem i ze wspólnotą, w której Go poznałam. A potem jeszcze spotkałam Koinonię.

RH: A jak się to stało, że z wolnego kościoła trafiłaś do Koinonii, czyli do Kościoła Katolickiego?

AM: Zaczęło się od tego, że poznałam się z Agnieszką Lapetą, a potem z całą jej rodzinką. O ile Agnieszka była raczej nieśmiała w reklamowaniu Koinonii, to jej mama, Ola, nie miała żadnych skrupułów i przypuściła bezpośredni „atak” (osoby, o których mowa, od lat są związane z Koinonią Jan Chrzciciel; Ola Lapeta przeszła już do wieczności – przyp. red.). A mnie samą w Koinonii pociągnęło intensywne doświadczenie przyjaźni. Nie mogę powiedzieć, że w kościele, z którym się związałam, nie miałam przyjaciół, ale to, co znalazłam w Koinonii, było dla mnie zupełnie nowe, jeszcze silniejsze i chyba połączone z działaniem Ducha Świętego. Mogę chyba powiedzieć, że o ile wcześniej byłam zakochana w Jezusie, to teraz zakochałam się „do kwadratu”. A nie była to łatwa miłość, ponieważ powrót do Kościoła Katolickiego oznaczał ponowne przyjęcie tego, co w pewnym sensie odrzuciłam.

RH: Bo w kościele wolnym nie przyjmowało się sakramentów, kultu maryjnego…

AM: Tak. I autorytetu papieża. Istniał cały stos rzeczy, które były problemem w moim powrocie. Dużo rozmawiałam z mężem Agnieszki, Mikiem, który w tym samym czasie przechodził z Kościoła Anglikańskiego do Kościoła Katolickiego. Bardzo mi wtedy pomógł. Poza tym trudno mi było rozstać się z moimi przyjaciółmi, wśród których się nawróciłam. Bo chociaż nie zrywałam tej więzi z nimi, w naturalny sposób ulegała ona osłabieniu. W pewnym momencie zrozumiałam, że nie mogę być w dwóch miejscach na sto procent. Nie mogę autentycznie wzrastać i być w pełni, choćbym nawet chciała. Doszło do tego, że się rozchorowałam. Bycie w Koinonii odczuwałam jak jakiś ogień w sercu, którego nie mogę zanegować. I poszłam za głosem serca. Poszłam tam, gdzie doświadczyłam „większej miłości”. Do chwili, kiedy poczułam się powołana do dziewictwa dla Królestwa Niebieskiego, upłynął jeszcze rok. To był rok potrzebny, bo w tym czasie porządkowałam trochę moje życie, studia itd. Ola przekonywała mnie, że koniecznie muszę zapytać Pana, czego On dla mnie chce. Wkurzała mnie tym niesamowicie. „Czemu ona się nie zajmie swoimi sprawami?” – myślałam. Ponieważ jednak bardzo ją kochałam i Pan naprawdę się nią posługiwał w moim życiu, to wiedziałam, że ona może mieć rację. No, ale nie chciałam się do tego przyznać. Zaczęłam więc nieśmiało wypytywać Pana, czego by ode mnie chciał. Raz nawet byłam całkiem otwarta.

RH: I Pan skorzystał z tej okazji?

AM: Skorzystał i dał mi słowo z Księgi Pieśni nad Pieśniami, które ja wtedy zinterpretowałam tak, jak chciałam. To znaczy, że powołuje mnie do małżeństwa. I byłam cała szczęśliwa. Jak teraz czytam to słowo, to śmieję się strasznie, bo jego znaczenie dzisiaj wydaje mi się oczywiste. A wtedy wyobraziłam sobie, że czeka na mnie jakiś „Salomon”.

RH: Mądry i bogaty…

AM: Tak. No, więc słowo trochę mnie wtedy uspokoiło. Przez pewien czas czułam się źle, bo niby poznałam Jezusa i przez kilka lat wydawało mi się, że to wszystko, czego mogłabym oczekiwać, a tu nagle odkryłam, że zaczęło mi czegoś brakować. Chodziło o ukonkretnienie tej miłości, którą otrzymałam od Jezusa. Prosiłam Go, żeby mi dał męża, albo, gdyby ewentualnie chciał ode mnie czego innego, żeby mi o tym powiedział. To był taki nowy niedosyt, który pojawił się po „zaspokojeniu pierwszego głodu”. Trochę mnie ten niedosyt zawstydzał, bo przecież mając Jezusa, miałam wszystko, czego mogłabym pragnąć. A jednak nie. Okazało się, że potrzebuję jeszcze jakiejś „pełni”. Ja osobiście pragnęłam małżeństwa. Zresztą był to jedyny model życia dla Pana, jaki znałam, zarówno wcześniej, z wolnego kościoła, jak i z moich pierwszych spotkań z Koinonią. Było to coś, co mnie pociągało, ale chciałam także i w tym zaufać w pełni Jezusowi. Kiedy obroniłam moją pracę magisterską, stanęłam przed wielkim znakiem zapytania: „Co dalej?”. Miałam bardzo konkretne plany na najbliższe lata mojego życia. Chciałam wyjechać z moimi przyjaciółmi do Stanów. Zamierzałam tam pracować. Myślałam również o podjęciu studiów biblijnych. Była to świetna okazja, żeby zakosztować nowego życia i podszlifować język. Po ludzku mnie to pociągało. Gdzieś w środku czułam jednak, że to nie jest to, czego chce Jezus, tylko, że On nic mi nie mówił. Przynajmniej do pewnego momentu. Zresztą może to ja nie chciałam Go usłyszeć…

RH: A znałaś kogoś z Koinonii, ze Wspólnoty Wewnętrznej?

AM: Słyszałam tylko o istnieniu celibatariuszy. Krótko po tym, jak się obroniłam, odbywał się u nas kurs Kerygmat Maryi, prowadzony m.in. przez Cinzię. To było dla mnie wydarzenie przełomowe, ponieważ ja wtedy całkowicie otworzyłam się na to, czego Jezus chce dla mnie. W czasie tego kursu był taki moment, kiedy każdy z uczestników miał stanąć na środku i odśpiewać słowa o tym, że: „Oto przychodzę, aby wypełnić wolę Twoją, Panie”. Ponieważ ja fałszuję, sam fakt, że miałam coś zaśpiewać, stanowił dla mnie wielkie wyzwanie. W tamtej chwili oddałam Panu zupełnie moją rozterkę dotyczącą przyszłości. Również podczas tego kursu Cinzia podzieliła się przekonaniem, że Bóg powołuje do dziewictwa siostry z grona uczestników. Byłyśmy tam m.in. Krysia, Weronika i ja (wszystkie trzy są dziś siostrami Wspólnoty Wewnętrznej Koinonii – przyp. red.). Myślę, że każda z nas patrzyła wokół siebie, kogo też Pan mógłby powołać. Nie wzięłam do siebie tych słów Cinzii, ale od tego czasu zaczęłam odczuwać Jezusa jako Pana zakochanego we mnie. I On sprawił, że zaczęłam pragnąć bycia tylko dla Niego. To bardzo dziwne, bo nie pochodziło ze mnie. Czułam się kochana w inny sposób i prawie chciałam, żeby mnie powołał. Wcześniej było to zupełnie niewyobrażalne. Ten nowy rodzaj miłości sprawiał, że czułam się kobietą kochaną przez Pana. Kolejne spotkanie z braćmi ze Wspólnoty Wewnętrznej miało miejsce podczas kursu Historia Zbawienia. Poprosiłam Fabrizio i Vladko, żeby pomodlili się o rozeznanie mojego powołania. Nie rozumiałam ich modlitwy, bo modlili się po włosku, ale po raz pierwszy- i chyba jedyny jak dotąd- doświadczyłam prawie fizycznie obecności Jezusa. W ogóle nie wiedziałam, co się dzieje. Jakiś ogień zstąpił na mnie. Fragment biblijny, jaki przeczytaliśmy wtedy, wskazywał na to, że Pan chce mnie na swoją wyłączną własność. 15 października trafiłam do Świdnika, gdzie wtedy powstawał dom celibatariuszy naszej wspólnoty. Okres poprzedzający mój wyjazd nie był łatwy, jeśli chodzi o moje relacje w domu.

RH: Zaczęłaś przygotowywać rodzinę na zmianę planów?

AM: Dopiero pod koniec września, jak już nie dało się ukryć faktu, że nie jadę do Stanów, bo na przełom września i października był zaplanowany mój wylot. Czekałam na wizę, której ostatecznie nie dostałam. Miałam więc „częściowe alibi” wobec rodziców. Wyjazd do Świdnika, o którym zaczęłam mówić, potraktowali jako „jeden z moich dziwacznych pomysłów”. Sam wyjazd okazał się szokiem, z którego moi rodzice chyba dotąd się nie otrząsnęli. Podobnym szokiem – tym razem dla mnie – był przyjazd do wspólnoty. Nie miałam zielonego pojęcia, cóż to takiego jest.

RH: Tym bardziej, że ówczesna wspólnota w Świdniku nie dawała jeszcze pełnego obrazu tego, czym Wspólnota Wewnętrzna w ogóle jest. A powiedz, jak się ma to, czym dziś żyjesz we wspólnocie, do tego, co sobie o niej myślałaś, kiedy odczytałaś, że jesteś do niej powołana? I jak to się ma do Twoich dziecięcych pragnień życia zakonnego?

AM: Ja nie potrafiłam odkryć, o co chodzi w pragnieniu, jakie w sobie nosiłam, ale było ono we mnie tak silne, że choć odrzucane przez lata i właściwie ignorowane, teraz miało się spełnić. Takie pragnienia tylko Bóg może zaspokoić i to zaspokoić we wspólnocie. Przez pierwsze lata życia wspólnotowego miałam poczucie, że staję na powierzchni zamarzniętego jeziora. Na początku trochę się obawiasz, bo chcesz wejść, ale nie wiesz, czy się nie poślizgniesz i czy ten lód nie popęka. Wchodzisz więc pomału i ostrożnie i jesteś niepewny. Z każdym krokiem przekonujesz się, że ten lód cię utrzymuje i że jest to właśnie to, czego pragnąłeś. Zaczynasz wtedy skakać i tańczyć, bo już masz pewność, że nic ci się nie stanie. Każdy kolejny dzień w pierwszych latach mojego życia we wspólnocie utwierdzał mnie więc w przekonaniu, że to jest moje miejsce. Odkrywałam wady moich braci i mojej wspólnoty i to, że ona wcale nie jest doskonałą wspólnotą. Moje wyobrażenia o tym, czym ona miałaby być, zupełnie się nie pokrywały z rzeczywistością. Ja myślałam, że życie w dziewictwie to jest życie dla ewangelizacji.

RH: A nie jest?

AM: Przede wszystkim jest życiem dla braci w przyjaźni. To jest na pierwszym miejscu tak naprawdę. Jeśli nie ma się tego doświadczenia, to ewangelizacja staje się jedną z rzeczy, które są do zrobienia. Dopiero doświadczenie przyjaźni we wspólnocie może tak napełnić twoje serce, że będziesz mógł ewangelizować. Cokolwiek robisz, nawet jeśli to jest tylko czyszczenie kibelków, robisz to dlatego, że Jezusa spotyka się konkretnie w braciach.

RH: A jak się czułaś wobec tego, że rzeczywistość odbiegała tak bardzo od Twoich wyobrażeń? Jakieś poczucie bycia lepszym, gorszym, na miejscu bądź nie na miejscu?

AM: Na początku było negatywnie. Czułam, jakby Jezus „wykręcił mi jakiś numer”. Wydawało mi się, że my tam w Świdniku zupełnie nic nie robimy. „No dobrze, powołałeś mnie i co dalej? Co ja mam robić?” W takiej wspólnocie człowiek przestaje żyć dotychczasowym życiem; trzeba być uległym… Ale krok po kroku czułam się w tej wspólnocie przyjęta taką, jaka jestem. Szybko odkryłam, że bracia nie są ideałami, czemu zresztą specjalnie się nie dziwiłam. Fascynowało mnie natomiast to, że mogę kochać w prawdzie, która stopniowo się odkrywa. Tym bardziej, że i ja odkrywałam się stopniowo. To doświadczenie pogłębiało się z czasem: w Rzymie i potem w Camparmò. Już nigdy nie wróciło poczucie niedosytu.

RH: A był jakiś taki moment przełomowy, kiedy szczególnie poczułaś, że stoisz na „twardym lodzie”, który Cię niesie na sobie i że to jest to Twoje miejsce?

AM: Tak. Był taki moment, mniej więcej po trzech latach mojego bycia we wspólnocie. Odeszła z niej wtedy Silvia, najstarsza z sióstr. Dla mnie był to gest odrzucenia braci, z którymi nie chce się więcej mieć czegokolwiek wspólnego. Odczytałam to jako wzięcie swojego życia we własne ręce. A dla mnie Życie we wspólnocie to stopniowe odkrywanie, że chcę być z braćmi, że chcę być do końca moich dni z tymi, których Pan mi daje, bo ja poza tym nie mam niczego. Nawet Jezus jest konkretnie obecny w nich. Sens bycia we wspólnocie polega na wierności przyjaciołom, jakich Pan ci dał. Przekłada się na to wszystko, co robisz. Jeśli pytasz o przełom, to były to z pewnością również moje pierwsze śluby składane na trzy lata, do których miałam z początku podejście raczej rytualne. I jeśli na dzień przed ślubami odczuwałam jakieś niesamowite zwątpienie, czy aby sama sobie tego wszystkiego nie wymyśliłam, to cały następny dzień stał się dla mnie taką „pieczęcią przynależności do Pana na zawsze”. Od tamtej pory nigdy więcej nie pojawiła się choćby mglista idea, że to nie miałoby być moje powołanie.

RH: Dziękuję Ci za rozmowę. I dziękuję za Twoje świadectwo.